Świat strategii pociągał mnie właściwie od zawsze. Poznawałem go przez pryzmat papierowych Grunwaldów, Ardenów, w które ostatecznie nigdy nie udało mi się rozegrać pełnej partii (z braku przeciwnika). Nie przeszkadzało mi to rozkładać planszy, układać na niej jednostek i napawać się widokami formacji gotowych do boju.

Kiedy w wieku siedmiu lat zawitał do mojego domu mój pierwszy komputer osobisty (Commodore C-64) wszystko uległo zmianie. Wreszcie niezależnie od warunków zawsze miałem przeciwnika chętnego do kolejnej potyczki. W ten oto sposób wkroczyłem w świat Risk, North&South i innych produkcji spod znaku Bellony. Z wiekiem przyszedł czas na poważniejsze tytuły, w które grywaliśmy u przyjaciela na Amidze, a potem PC. Niezwykle dobrze wspominana przeze mnie Ancient Art Of War In the Skies, seria V for Victory, Panzer General, Civilization czy Dune 2.

Jednak już od Warcrafta 2 i KKND w mojej głowie zaczęła kiełkować niepokojąca myśl, że nie do końca odnajduję się w klasycznych RTSach. Nie bawił mnie Red Alert, a we wszystkich grach tego typu przygoda kończyła się podobnie – zniechęcony totalnym chaosem na polu bitwy dawałem sobie spokój. Nawet takie perełki jak Dungeon Keeper (którego akurat skończyłem) nie potrafiły przekonać mnie do takiej formy zabawy. Próbowałem samych majsterszyków – Starcrafta i innych. Za każdym razem to samo. Bawiłem się dobrze – do czasu kiedy armie były pokaźnych rozmiarów, a ja na dobrą sprawę traciłem jakąkolwiek kontrolę nad polem bitwy obserwując bezradnie ogarniający je chaos.

Możliwe, że bałagan który zawsze ostatecznie ogarniał moje armie wynikał z braku umiejętności grania w RTSy. Nie zmienia to faktu, że przez to właśnie nigdy nie potrafiłem utożsamić ich z pojęciem strategii. Były to bardziej gry zręcznościowe, w których wygrywał ten, kto szybciej wyklinał milionową armię i napuścił ją na wroga. Ponadto, w bitewnej orgii zacierały się wszelkie różnice między jednostkami, a uporządkowane pole bitwy zmieniało się zawsze w najzwyklejszą bijatykę.

Choć ostatecznie dałem sobie spokój z RTSami pozostając przy klasycznych strategiach heksowych (które do dziś darzę dużym sentymentem i wciąż potrafię przy nich wsiąknąć na całe dni – vide Battles In Normandy) w jakiś niewytłumaczalny sposób Starcrafty i spółka nieprzerwanie mnie pociągały. W ten sposób od czasu do czasu podejmowałem kolejne (nieudane) próby zaprzyjaźnienia się z tym gatunkiem. Pierwszym światełkiem w tunelu był Shogun – Total War, który choć wciąż na polu bitwy był RTSem sprawiał wrażenie bardziej uporządkowanego. Była to pierwsza gra, w której miałem wrażenie realnego wpływu na wydarzenia na polu bitwy. Shoguna oczywiście skończyłem i do dziś wspominam jako jedną z najlepszych strategii.

Potem jednak zdarzyło się coś, co zupełnie odmieniło RTSy i dało mi szanse na ponowny flirt z tym gatunkiem – aktywna pauza. Ten banalny z założenia wynalazek pozwalał wreszcie wprowadzić porządek do chaotycznego dotychczas świata. Nie przerażały już setki jednostek, bo niczym w Grunwaldzie mogłem spauzować grę i zaplanować ruch każdego z moich oddziałów. Z czasem pojawiły się też gry które nieco odeszły od męczącego mnie już schematu – zbieranie surowców, budowanie budynków i jednostek. Potem pojawiły się gry skupiające się na poziomie taktycznym, a nie strategicznym, gdzie zamiast operować tysiącami działaliśmy kilkuosobowymi oddziałami (seria Close Combat). I w ten sposób znalazłem się w świecie, o którym marzyłem od dawna.

Świat strategii znów stał się wielki, a ja dziś mogę się cieszyć takimi perełkami jak Kompania Braci.

Jedni powiedzą – RTS z aktywną pauzą to coś zupełnie innego niż oldschoolowy Warcraft 2. Zgadzam się, jednak aktywna pauza to tylko opcja z której można, a nie trzeba korzystać. Jest za to ratunkiem dla takich jak ja, dla których bez niej gra w RTS traci wszelki sens. Przekonuję się o tym boleśnie grając obecnie w Seven Kingdoms: Conquest.

A wy – wolicie poukładany świat aktywnej pauzy czy pełen akcji i chaosu czas „prawdziwych RTSów”?

[Głosów:0    Średnia:0/5]
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułid – gdzie jesteście?
Następny artykułMilion dla Ninja Gaiden II

11 KOMENTARZE

  1. Pauza, pauza bez niej w Eu II nie dało się obejść. Może są tacy, którzy cierpliwością dorównują Dalajlamie i grają całą kampanię na szybkosci wolnej, ale ja do takich nie należę. Gdy dochodziło co do czego, armie były już ulokowane na granicach [a były to armie potężnych rozmiarów i kosztujące krocie, a ich utrzymywanie na dłuższą metę było samobójstwem] Bezceremonialnie pauzowałem i planowałem najbardziej ekonomiczną i skuteczną drogę dla mojego wojska. A potem tylko szereg zwycięstw. Głosowałem zdecydowanie na tak, bo pauza wielokrotnie ratowała mi skórę. Pozdro

  2. No ale nie przesadzajmy. Pauza fajna rzecz, tylko nie w RTSach, w które gra sie na multi:P Zgadzam się z autorem, jeżeli tylko chodziło mu o signle player, ewentualnie jakiś cooperative, tak jak wymieniona wcześniej przez wrzask EU2.

  3. Niedawno ukończyłem World in Conflict a teraz męczę Kompanie Braci. Szczerze mówiąc, przez ostatnie 4-5 lat nie dotykałem RTS’ow bo primo miałem za słaby komputer a secundo- myślenie nie da mnie 😉 Teraz jednak coś się zmieniło i nawet polubiłem ten gatunek ale gra musi być. . . perełką jak tytuły wymienione wyżej bo innej nie tknę 😉 A wracając do aktywnej pauzy. . . naprawdę coś takiego istnieje w Company of Heroes? xD Możecie mnie uznać za totalnego ignoranta ale myślałem, że takie rzeczy istnieją tylko w Simsach.

  4. Rowniez jestem zwolennikiem aktywnej pauzy. Nic tak mnie nie odstrecza od gry, jak brak chocby wrazenia kontroli nad rozgrywka. Samo zwyciestwo nie ma dla mnie zadnej wartosci, jezeli brak mu stylu. Prawde mowiac wole przegrac w ciekawej i przemyslanej rozgrywce, niz wygrac w chaotycznej rzezi. A propos gier z aktywna pauza, duze wrazenie swego czasu zrobily na mnie potyczki w Ufo 3. Co prawda klimat mi zupelnie nie odpowiadal, ale sama walka byla swietna. Jednostki samoistnie chowaly sie za elementy otoczenia, wychylaly zeby oddac serie z broni albo uciekaly w panice kiedy przeciwnik zblizyl sie zanadto lub zniszczyl element oslony. Wszystko sterowane statystykami. Gdyby nie dziwny design i brak multiplayera, pewnie gralbym do dzis. Edit: Z reszta takie podejscie mam do innych gatunkow gier rowniez. Cwicze ostatnio Soul Calibura 4 po sieci. Gram caly czas jedna postacia, staram sie zapamietac rozne kombinacje ciosow a potem stosowac je w jak najbardziej przemyslany i widowiskowy sposob. Zdazalo mi sie przegrac z przeciwnikiem, ktory stosowal praktycznie jeden cios, przed ktorym nie potrafilem sie obronic, ale czy taka wygrana daje przyjemnosc? Ogolnie ciagle dostaje becki, ale zdazaja sie na prawde fajne partie i gra gitara. 😉

  5. Rzecz w tym, że gry określane mianem RTS’ów nie mają zbyt wiele wspólnego ze strategicznym myśleniem z pola walki. Ta „strategia” RTSów ogranicza się zazwyczaj do walki „kamień-papier-nożyczki”, co w skrócie oznacza, że jeżeli przeciwnik robi piechotę, to my budujemy antypiechotę itp.

  6. @nethTylko kogo to obchodzi, jak sie te gry mają do kategorii;) Bliżej im do RTSów niż do FPP, to się je tak klasyfikuję. Może kiedyś doczekamy się tej „nie ograniczonej” strategii, która zadowoli tych prawdziwych generałów.

  7. Ja tam jestem fanem Fallout i Heroes of Might and Magic a wiadomo ze tam walka odbywala sie w turach. Jetstem tego samego zdania co Ty Bartosz i RTS’y jakos mnie nie ciagna, choc faktycznie seria Total War ma cos w sobie ale tam tez przeciez jest faza turowa 🙂

  8. Ja jestem wielkim fanem Craftów i nie uważam, że jest aktywna pauza to jakiś wspaniały wynalazek. Nie powiem, żebym też stronił od serii Heroesów, choć w V bardzo przypadły mi do gustu walki w Realtime (w duel mode)

  9. „zniechęcony totalnym chaosem na polu bitwy dawałem sobie spokój. ” po prostu trzeba nabrać trochę skilla, a nie grać z reflexem szachisty. . . Aktywna pauza to straszne zło. Wystarczy pograć chwilę na multiplayerze w Orginal Wars.

  10. Aktywna puza może być stosowana tylko w rozgrywce pojedynczego gracza. Ja, jak i pewnie większość graczy, wolę grać w sieci z innymi rzeczywistymi przeciwnikami. Z tego punktu widzenia aktywna pauza to nieporozumienie w grach z założenia „sieciowych” jakimi są RTS’y, gdzie tryb pojedynczego gracza to zapoznanie się ze światem gry. Poznanie jednostek, ich możliwości. Dopiero rozgrywka sieciowa sprawia że RTS nabiera rumieńców i przyciąga coraz większą rzeszę graczy. Nie twierdzę tutaj że kampania dla jednego gracza jest zbędna bo uwielbiam ten sposób rozgrywki. Kampanię StarCraft’a przeszedłem kilka razy :)Tylko że aktywna pauza przydaje się bardziej w grach raczej „niesieciowych”, w których złożoność i/lub ilość wykonywanych przez gracza czynności w krótkim czasie jest zbyt duża, by w czasie rzeczywistym swobodnie obsługiwać interfejs gry. Tutaj najbardziej pasują gry taktyczne. Gry z innych gatunków spełniające powyższy warunek również, jak np. „Wiedźmin”. W krytycznej dla bohatera chwili, bez aktywnej pauzy trudno byłoby zmienić broń, styl walki, posmarować ostrze odpowiednim smarowidłem, łyknąć ze dwa eliksiry i wyrysować w powietrzu odpowiedni znak. Wynalazek aktywnej pauzy jest dobry ale nie wszędzie pasuje, czasem jest konieczny, innym razem zbyteczny.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here