Infinity Ward przenosi Juliana Wieczorkiewicza w realia Drugiej Wojny Światowej. Oto jego raport z pola bitwy.

Kojarzycie Johna Woo? To ten od ujęć w zwolnionym tempie i latających gołębi. Odpowiedzialny za takie obrazy jak Mission Impossible 2, Face-Off czy Szyfry Wojny przez wielu ochrzczony został mistrzem kina akcji. Tym razem zamiast robić film postanowił stworzyć grę komputerową, która we wrześniu 2007 roku trafiła na konsole, zaś niecały rok później wylądowała na poczciwych blaszakach.

Filmowo

Historia opowiedziana w Stranglehold to typowy scenariusz kina akcji. Jest więc niepokorny glina, który jedną ręką potrafi rozwalić całe zastępy złoczyńców, jest upierdliwy szef-inspektor, jest wreszcie mafia (a nawet kilka), kobieta, niechciana miłość, znajdzie się i miejsce dla zdrady i zemsty. Nie obejdzie się również bez trików na miarę kung-fu w stylu Hong Kong, uchylania się przed lecącymi kulami i bujania na żyrandolach. Wszystko to wymieszane razem daje… strawne, czy nawet przyjemne, acz doskonale nam znane danie.

Początkowo właśnie z tego powodu podszedłem do Stranglehold dość sceptycznie. W końcu ile razy i jak długo można zabijać dziesiątki przeciwników, unikać kul, a połowę tego wszystkiego (albo i więcej) robić w zwolnionym tempie? John Woo dowiódł jednak, że szablony opanował do perfekcji i wciąż potrafi z nich składać wciągające historie.

Inspektor Gadżet

Udział reżysera w produkcji tego tytułu jest widoczny na pierwszy rzut oka. Składają się na to charakterystyczne dla kina Woo elementy, jak i sama konstrukcja gry zbudowana na modłę „filmową”. W przerywnikach zobaczymy więc wiele klasycznych kadrów – jak choćby ten z ciałem na posadzce filmowanym z góry i poszerzającą się wokół niego plamą krwi. Nie obędzie się też bez tekstów w stylu „załatwię to sam”, „kto i ile ci zapłacił?”, „dlaczego nikt nie potrafi zabić tego cholernego gliniarza”. Wrażenie filmowości potęguje fakt, że w polskiej wersji usłyszymy lektora, z pozostawionymi tle oryginalnymi tekstami. Jednym słowem – poczujecie się jakbyście usiedli przed telewizorem i oglądali jeden z hitów nadawanych co wieczór przez TVN czy Polsat.

Akcja!

Akcja produkcji sygnowanej nazwiskiem znanego reżysera rozgrywa się w Hong Kongu i Chicago. Skupia się na wojnie między Smoczymi Szponami i Złotymi Trzcinami, dwoma rywalizującymi o wpływy w mieście gangami. W wojnę tą miesza się dodatkowo rosyjska mafia z Chicago, a całe to zamieszanie, niejako rykoszetem dosięga głównego bohatera gry – inspektora Tequilę. W jego rolę wcielił się znany ze współpracy z Woo aktor Chow Yun-Fat.

W kupie raźniej

Stranglehold to typowy, nasączony akcją do granic możliwości, przedstawiciel TPS'ów. Właściwie nie ma w tej grze ani chwili przestoju. Praktycznie non stop strzelamy. Ta intensywność – charakterystyczna dla kina akcji spod znaku Woo początkowo może przytłaczać. O ile przez pierwsze 10 minut bawiłem się nieźle siejąc dookoła śmierć i zniszczenie, o tyle po pewnym czasie ta intensywność zaczyna męczyć. W końcu nawet największy bajer powtarzany w nieskończoność może się znudzić.

Na szczęście Woo po raz kolejny dowiódł, że jest mistrzem kina akcji, nie tylko pod względem ekwilibrystyki walk, ale też wyboru scenerii. Kiedy już mocno zniechęcony walkami na targowisku i w porcie w Hong Kongu miałem ochotę wyłączyć grę akcja przeniosła się do wnętrz różnych budynków. Zaliczyłem wizytę w olbrzymiej restauracji MEGA z klasycznym orientalnym wystrojem i wielką statuą smoka pośrodku. Potem błyskawicznie wylądowałem w Chicago, a fabuła zdecydowanie nabrała rumieńców. I choć wciąż wykorzystywałem te same triki nie miałem chwili aby o tym pomyśleć walcząc w podziemnych parkingach, muzeach, nafaszerowanych pułapkami penthouse'ach i tym podobnych.

Okazuje się, że Stranglehold zdecydowanie lepiej sprawdza się we wnętrzach niż na otwartej przestrzeni. Wszystko za sprawą otoczenia, które niemalże w całości możemy zniszczyć. Dlatego też strzelanina w pomieszczeniach sprawia zdecydowanie więcej frajdy niż w porcie czy na targowisku. Pełno tu zasłon, za którymi można się schować, a pięciominutowa kanonada każde wnętrze zmienia w rozsypujące się gruzowisko. Ze ścian sypie się tynk, marmurowe filary rozsypują się pod gradem kul, stoliki i krzesła rozlatują się w drzazgi. Mimo to, Tequila całkiem nieźle potrafi się kryć i nader często wykorzystując osłonę pokonuje swoich przeciwników. Jeśli nie mamy zaś gdzie się schować pozostaje nam atak. W ofensywie nasz dzielny inspektor ma całkiem niezły repertuar ruchów. Poza klasycznym Tequila Time, czyli niczym innym jak slow motion możemy przetestować cztery tricki. Są to kolejno – leczenie, precyzyjny strzał, grad pocisków i atak obrotowy. Każda z tych sztuczek (poza leczeniem rzecz jasna) pozwala na wyjątkowo efektowne i efektywne zarazem eliminowanie przeciwników. Korzystając z precyzyjnego strzału oglądniemy rzecz jasna lot pocisku zakończony fontanną krwi trafionego adwersarza. Wszystko to w zwolnionym tempie jak na Johna Woo przystało.

Z wspomnianych sztuczek nie będziemy mogli jednak korzystać w nieskończoność. Potrzebujemy do tego odpowiedniej ilości „punktów stylu”. Te, jak sama nazwa wskazuje otrzymujemy za styl walki. Im bardziej finezyjne zabójstwo, tym wyższa ocena w skali 1-5. Zwyczajne zabicie przeciwnika da nam zaledwie jeden punkt. Jeśli uśmiercimy go zrzucając mu na głowę pół urwiska, albo rusztowanie z oświetleniem sami jadąc na wózku niczym jaskółka możemy liczyć na notę 4 lub nawet 5. Tak gromadzone punkty odnawiają pulę, pozwalając nam korzystać raz na jakiś czas z wymienionych sztuczek.

Tylko wieczni luzacy wygrywają

Walka w Stranglehold to najczęściej odpieranie kolejnych fal nacierających na nas z uporem maniaka przeciwników. Na końcu każdego z poziomów (a jest ich osiem) spotkamy się z bossem. Żaden z nich jednak (może poza jednym) nie stanowił dla mnie większej przeszkody, a rozprawienie się z nimi było dziecinnie proste. Wyjątkowo dobrze sprawdza się w tym przypadku precyzyjny strzał, który odbiera ¼ życia naszego adwersarza. Przyznam, że ten element nieco mnie zawiódł – spodziewałem się, że pojedynki będą większym wyzwaniem.

Po ukończeniu poziomu gra podsumowuje nasze dokonania, wyceniając zniszczenia jakich dokonaliśmy, sumując punkty za styl etc. Wszystkie te dane składają się na ostateczną ocenę jaką wystawia nam komputer za przejście danego poziomu. I choć niszczyłem i mordowałem w potwornych ilościach rzadko kiedy zasługiwałem na ocenę A.

Na koniec całej zabawy za uzbierane punkty będziemy mogli w sklepie (w którym nawiasem mówiąc obsługuje sam John Woo) kupić materiały dodatkowe jak concept-arty, filmiki ze wstępnych faz produkcji etc.

Z czym do ludzi

Arsenał jakim posługuje się inspektor Tequila jest dość ubogi. Ogranicza się właściwie do pistoletów, strzelby, pistoletów maszynowych, karabinu i sporadycznie wyrzutni rakiet. Mimo to ubóstwo arsenału nie jest praktycznie odczuwalne. Głównie przez to, że w czasie gry wypluwamy z siebie takie ilości ołowiu, że i tak co chwila zmieniamy broń podnoszącą tą, z której jeszcze przed chwilą korzystali nasi przeciwnicy.

Było blisko

Jeśli chodzi o ich inteligencję trudno tutaj powiedzieć coś pochlebnego. Wprawdzie podejmują czasem próby ukrycia się za osłoną czy ucieczki w sytuacji kiedy przewaga Tequili jest zbyt duża, są to jednak najczęściej próby tyle dramatyczne co nieudane. Strategię krzemowego SI można by podsumować hasłem – „kupą mości panowie, kupą!”. Wynika to najzwyczajniej w świecie z tego, że faktycznie każdą walkę jaką przyjdzie nam stoczyć w Stranglehold będziemy prowadzić przy miażdżącej przewadze liczebnej wroga. Nie zmienia to jednak faktu, że wielokrotnie chowając się za rogiem po prostu czekałem na szturmujące samobójczo szeregi członków mafii. Pewnie organizacja opłacała ich całkiem nieźle, skoro nie bacząc na padających jak muchy kolegów uparcie wybiegali biorąc na klatę kolejne porcje ołowiu.

Trzeba przyznać, że przeniesienie gry z konsoli na komputery osobiste odbyło się bez większych wpadek, a sterowanie za pomocą klawiatury i myszy odbywa się w pełni intuicyjnie.

Na uwagę poza oprawą graficzną, która jest całkiem przyzwoita zasługuje oprawa muzyczna. Spokojna, czasem wręcz klimatyczna stanowi miłe tło dla całej zabawy.

Krótko i treściwie

Jak już wspomniałem Stranglehold nosi wszelkie znamiona filmowe charakterystyczne dla kina akcji. I faktycznie gra się w niego trochę jakby oglądało się film sensacyjny. To pozycja z gatunku tzw. lekkich, łatwych i przyjemnych. Intensywność rozgrywki sprawia, że nawet na chwilę nie mamy czasu aby zastanowić się, że to czy tamto już gdzieś widzieliśmy. Także akrobatyczne sztuczki kiedy nauczymy się z nich korzystać z taniego bajeru staną się efektywnym narzędziem walki z przeciwnikami.

Olbrzymim atutem gry jest świetny model zniszczeń pozwalający nam obracać w perzynę całe lokacje. A trzeba przyznać, że sprawia to nieopisaną frajdę, stanowiąc jedną z tych niewytłumaczalnych radości, jakie podsuwa nam mroczna i niszczycielska część naszej z natury spokojnej duszy gracza.

Największym minusem Strangleholda jest jego długość. I choć rozumiem, że taka jest obecnie tendencja na rynku ukończenie tytułu na poziomie normalnym w ok. 8 godzin nie brzmi najlepiej w świetle konieczności wydania kilkudziesięciu złotych na tą pozycję.

Mimo swej schematyczności i ogranych trików muszę przyznać (z zaskoczeniem), że bawiłem się przy grze Johna Woo wyjątkowo dobrze. Jeśli więc nie przerażają was filmowe schematy, a szukacie akcji w jej najczystszej postaci Stranglehold jest pozycją dla was. Jeśli zaś szukacie wyrafinowanej, taktycznej rozgrywki na całe miesiące – poszukajcie gdzie indziej, bowiem charakter tej gry najlepiej oddaje hasło z okładki – „Tequila kontra wszyscy bandyci świata – rozejmu nie będzie”.

Lubicie filmy klasy B? Takie z dużą ilością wybuchów i strzelaninami obracającymi całe miasta w zgliszcza, banalną fabułą, no i obowiązkowo piękną kobietą w tle? Ja lubię. Dlatego z zaciekawieniem podszedłem do tytułu sygnowanego nazwiskiem mistrza takiego kina – Johna Woo. Zapraszam do lektury jeśli chcecie się dowiedzieć co wyszło z mojego spotkania ze Stranglehold.

Plusy

Minusy

[Głosów:0    Średnia:0/5]

7 KOMENTARZE

  1. Rzeczowa recenzja, którą przyjemnie czytałem. Pomimo babola we wsępie:

    Tym razem zamiast robić film postanowił stworzyć grę komputerową, która we wrześniu 2007 roku trafiła na konsole, zaś niecały rok później wylądowała na poczciwych blaszakach.

    Nie wiem jaki jest sens tworzenia gry komputerowej na konsole, skoro dopiero rok później ukazała się na PC’ty 😀 Bartku wytnij proszę słowo „komputerową” bo brzmi to delikatnie pisząc głupio. Myśle, że ta produkcja zadowoli fanów Max’a Payne’a. Jak na roczną produkcję grafika dalej daję radę. Gdybym pograł w to dłużej może mógłbym ją polecić. . .

  2. jak dla mnie straszny średniak. Co prawda grałem tylko w demo ale wystarczyło żebym zrezygnował. Ale ja o czym innym: czy wersja PC różni się tak bardzo od konsolowej, żeby prawie rok po premierze zawracać sobie nią głowę i pisać recenzje?Bo jesli jest taka sama to chyba wszyscy już wszystko wiedza o tym tytule. Mieli rok na zapoznaniee się. . .

  3. szpynda –> jak widać jest sens. Choćby po to, żeby powiedzieć – wersja na PC nie różni się niczym od tej na konsole, albo że skopano sterowanie, albo że coś tam. . . to w końcu nie jest ta sama gra, ale jej wersja na inną platformę, a jak wiemy czasem takie wersje się różnią. Ci, którzy mieliby ochotę na kupno wersji PC może chcą o tym usłyszeć. A po drugie, może ktoś po prostu wcześniej się tym tytułem nie interesował, bo nie miał konsoli więc nie było mu to do szczęścia potrzebne. A przecież jak nie chcesz to nikt Cię nie zmusza do czytania tekstów dotyczących gier z którymi zapoznałeś się już rok temu 🙂 No chyba, że ja o czymś nie wiem i WÓDZ wysyła bojówki Wikingów zmuszających do czytania materiałów na Valhalli 😀

  4. Gra jest średnia, recka ok. Szkoda tylko że pojawia się na Valhalli dawno po tym jak moja kopia gry zaliczyła już conajmniej kilku właścicieli. . .

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here