Nazwa felietonu prawie w całości oddaje jego treść. Prawie, ponieważ oprócz tego, że my Wikingowie jesteśmy obrzydliwie bogaci, to jesteśmy jeszcze młodzi i piękni (no przynajmniej ja bo przecież nie Jolo czy pokładowy Kocur, że o Malacarze nie wspomnę). Widok z okna mam cudny. Panorama Warszawy widziana z dwudziestego drugiego piętra robi wrażenie pomimo tego, że tak naprawdę nie lubię tego miasta. Pociesza mnie jednak myśl o sportowym samochodzie, stojącym w podziemnym garażu. Miło łachocze moje ego zakupiona niedawno druga plazma i zestaw audio Klipscha, przy których po pracy rozsiadam się z cygarem w jednej i kolorowym drinkiem w drugiej ręce. Skąd to wszystko? To proste – z gier.

Ok, na pewno wyczuliście już obrzydliwą ściemę. Idealnie wpasowała się ona jednak w to, o czym tak naprawdę chcę opowiedzieć. Zainspirowały mnie teksty Bartka Kotarby, który niedawno rozprawiał o komputerowym zbieractwie. Oczywiście do felietonów Jola was odeślę, bo są bardzo dobre, ale to później. W końcu teraz mój tekst powinien być w centrum uwagi. W wielkim skrócie pozwolę sobie jedynie zgodzić się z redakcyjnym kolegą. Potwierdzam, że i ja zbieram setki przedmiotów, które kiedyś tam zamierzam wykorzystać. Koniec końców z reguły oglądam outro gry A czy B mając świadomość, że zmarnowałem je i pozwoliłem im „zgnić” w olbrzymim plecaku czy innym magicznym worku.

O moim zdaniem najważniejszej rzeczy Bartek jednak nie wspomniał. To nie przedmiotów zbieramy i marnujemy w grach najwięcej. Robimy to ze złotem, kredytami czy innym rodzajem waluty, który jest środkiem płatniczym w danym świecie/settingu. Jakież to jest irytujące. Czemu praktycznie każdą grę RPG (ale nie tylko) kończę z kilkoma milionami zebranych sztuk złota albo miliardami kredytów?! Pomijam już z litości pytanie o to, gdzie to wszystko trzyma moja drużyna. Bardziej zastanawia mnie mechanizm sprawiający, iż nabijam wirtualny mieszek niezliczoną ilością kasy, która do niczego mi nie służy.

Jestem wyjątkiem? Spójrzcie jak działam. Z reguły na początku zabawy zbieram wszystkie rzeczy, z których 99% spieniężam. Później, kiedy już uzbieram trochę gotówki, w plecaku pojawiają się jedynie przedmioty magiczne, artefakty. I z tej radosnej gromady 95% trafia w ręce kupców. Mieszek wciąż pęcznieje. Waluty nie wydaje, gdyż zawsze zakładam, że wśród zarąbanych i zamienionych w popiół bestii (fireball rządzi – pamiętajcie) znajdę o wiele ciekawsze skarby. Chciwym handlarzom nie będę się więc dawał naciągać. W ten sposób zapełniają się kolejne kufry ze złotem czy platyną. Przedmioty kupuje tylko i wyłącznie wtedy, gdy autorzy danej pozycji wyraźnie zaznaczają, że mogę nabyć coś, czego w żaden inny sposób nie zdobędę. Z reguły mam już wtedy takie rezerwy finansowe, że małej wyprawy do sklepu praktycznie nie zauważam. Ten schemat powtarza się praktycznie w każdej grze. Jedynym wyjątkiem od reguły (choć zapewne były ze dwa albo trzy inne, ale ich nie pamiętam) jest tutaj Wiedźmin, gdzie złota wciąż mam za mało.

Po co więc gromadzę majątek? Dlaczego nigdy w grach nie znalazłem dodatkowych sidequestów dla bogatych?

Czemu choć raz nie mogę wynająć robotników, którzy w pocie czoła wznosić będą moją wymarzoną karczmę. Przy okazji mógłbym się użerać z kradzieżą budulca i niespodziewanymi wydatkami (nowy podatek – zbliża się kolejna wojna). Po wybudowaniu zajazdu autorzy wymarzonej gry otwieraliby przede mną wrota, prowadzące do kolejnych misji. Obrona karczmy przed atakiem. Rozwijanie interesu, budowa kolejnych knajp. Powrót do jednej z nich i odkrycie, że zamordowano wszystkich gości, a w podłodze znajduje się olbrzymia, pokryta śluzem dziura prowadząca do tajemniczych korytarzy. To tylko kilka z pomysłów, które od razu wskakują mi do głowy. A przecież inny gracz albo inni twórcy mogą dać mi możliwość założenia własnego zamtuzu (pomyślcie tylko o tych questach!). Klerycy mogą wznosić własną świątynię, magowie wieże, a wojownicy warownię.

Mało tego. Podobne rozwiązania można wprowadzić do RPGów osadzonych w klimatach science-fiction. Przecież i w nich najczęściej jestem obrzydliwie bogaty. Chcę stworzyć własną armię. Chcę zebrać zespół badawczy, kupić i wyposażyć laboratoria, które dadzą mi sprzęt niedostępny dla graczy, którzy postanowili wybudować stocznię i latać prototypowymi pojazdami kosmicznymi. Marzy mi się kariera kolonizatora kupującego statek, zbierającego chętnych i za ciężką kasę terraformującego nieznaną planetę.

Możliwości jakie dają zebrane w grach pieniądze i scenariuszy, które na ich podstawie można stworzyć jest nieskończenie wiele. Czemu więc handel, kolekcjonowanie złota i kredytów jest najczęściej sztuką dla sztuki. Tak trudno coś wymyślić? A może tylko ja jestem sknerą, który nie wydaje swoich oszczędności. Napiszcie kilka słów pod moim felietonem. Opowiedzcie czy też jesteście wirtualnymi milionerami czy też potraficie przepuścić oszczędności u pierwszego kupca z brzegu.

Ja już kończę. Muszę jeszcze sprawdzić kiedy mam tramwaj i zajrzeć do sklepu, w którym kupię ze dwa Vifony na obiad. Nie! Dzisiejszej przygody nie zakończę z pełnym mieszkiem. Zamiast tego podaruję sobie odrobinę luksusu – zajrzę do budki z wietnamskim żarciem udającym chińszczyznę.

Felietony Jola. Żałujcie i nadrabiajcie jeśli je przegapiliście:

Kolekcjoner
Z wagonem na plecach

[Głosów:0    Średnia:0/5]

7 KOMENTARZE

  1. I tu Cię Krzyśku zaskoczę. Choć w wielu przypadkach skończyłem tak samo jak Ty – czyt. ooooobrzydliwie bogaty, o tyle nie dzieje sie tak zawsze. Np. granego przeze mnie niedawno NWN2 wcale nie skonczyłem jako bogacz. Oczywiście miałem jakieś rezerwy gotówki, ale na najdroższe przedmioty u kupców wciąż nie mogłem sobie pozwolić. Dlaczego? Dlatego, że w NWN2 zrealizowano po części to o czym piszesz – miejsce gdzie można topić swoje pieniądze. W tym wypadku otrzymujesz od lorda Nashera warownię, którą musisz postawić na nogi (bo jest „lekko” zaniedbana). Remontujesz mury, stawiasz wieże, sklep, świątynie, zakupujesz lepszy sprzęt dla Twojej załogi zamku etc. Utopiłem w tym całkiem sporo gotówki. I muszę przyznać, że bardzo mi się ten pomysł spodobał.

  2. Czemu choć raz nie mogę wynająć robotników, którzy w pocie czoła wznosić będą moją wymarzoną karczmę.

    Ależ wynajmuj sobie! :] W NWN2 postać w pewnym momencie dostaje do zarządzania zamek. Na zamku można budować karczmę i inne pomieszczenia, można wynajmować fachowców, rekrutować wojsko, zajmować kopalnie, wyznaczać henczmenów do patrolowania dróg czy zadań specjalnych. Wszystko to kosztuje, i to tyle, że nagle ten gazylion złotych luidorów, który dostaliśmy za te wszelkie Zębate Laski Dobrej Jakości +345 wydaje się śmiesznym groszem. 🙂 O to chodziło? :]Gromadzenie kasy to dobry temat, ale akurat w przypadku tego konkretnego felietonu IMHO niewykorzystany. Aż się prosi, żeby napisać szerzej o pieniądzach w grze, czyli o growej ekonomii. Przy czym nie chodzi mi o jakieś badziewne Second Life, gdzie poza zamienianiem kasy realnej na wirtualną niewiele można zrobić, ale o prawdziwe gry, gdzie kasę zarabia się własną ręką tępiąc moby i targając loot do miasta. :] Można by napisać o trudnościach, jakie piętrzą się przed twórcami gier single player, gdzie ekonomia jest ustalona raz na zawsze i nie można jej poprawiać deus ex machina, jak w MMORPGach. Można by, na upartego, napisać też coś o MMORPGach, o najsłynniejszych interwencjach w ekonomię gier, o różnych dziwnych chłytach twórców, mających na celu poprawianie ekonomii zachwianej (chociażby casus nasycenia rynku Stone of Jordan’ami w Diablo 2, i jak sobie Blizzard z tym poradził), albo jakie studnie bez dna można napotkać w grach (patenty, który służą tylko do wyciągania nadmiarowej kasy od graczy, np. gambling w D2). Napisze ktoś?Edit: kurde, jolo mnie ubiegł. 😐 Damn you to hell, jolo, damn you to hell! 😉

  3. Tak, lubię mieć dużo złota w sakwie. Problem w tym, że ceny u handlarzy do małych nie należą. Więc te miliony jakoś się szybko rozpływają. . .

  4. Tez jestem wirtualnym sknerusem 😉 Ale dzieki temu gra staje sie trudniejsza, bo przez caly czas biegam w skorzanej zbroji z nadzieja ze znajde zaraz Uber zbroje +3 😉

  5. A ja kasę wydaję od razu. Zazwyczaj podczas całej przygody nie posiadam jej wcale. Zawsze jest coś potrzebnego do kupienia u pobliskich kupców, lepsza zbroja, dłuższy majcher, większa tarcza, itd. Zbieram mozolnie kasę na dany sprzęt, po czym natychmiast go kupuję. A jak jeszcze zostanie po tej operacji trochę drobnych, to zamieniam je na kilka buteleczek staminy czy czegoś tam innego – nie godzi się wychodzić z Wielkich Zakupów z choćby 3 dukatami w kieszeni. Jak w życiu – samo złoto nie służy kompletnie do niczego. Jest tylko środkiem do osiągnięcia danego celu.

  6. Nie wiem jak wy, ale we mnie siedzi chyba jakiś niespełniony ekonomista/biznesmen. Faktycznie co gra to kasy mam jak lodu, nie wydaję „bo później będą jakieś fajne itemy do kupienia”, które i tak znajduję/kradnę gdzieś w świecie gry. Nawet jak grałem w WoW’a, to po miesiącu zaskoczyłem że ja tak naprawdę nie gram tylko stoję przy AH skanuję aukcje, kupuję tanio i odsprzedaje drożej. A jak już zacząłem grać to co godz lądowałem w mieście na 3 godziny żeby wcisnąć ludziom cały ten szmelc który nazbierałem/wyprodukowałem. O kupowaniu czegokolwiek na własny użytek oczywiście nie było mowy, przecież szkoda złota (którego miałem na pęczki) :)Nie wspomnę już o spacesimach, bo to zawsze kończy się tym że latam całą flotą transportowców w tą i z powrotem kupując i sprzedając najrozmaitsze cuda w ilościach hurtowych, bez względu na profil owego specesima. Dziwne że w rzeczywistości ten wewnętrzny biznesmen jakiś taki nieśmiały się okazuje ;)PS. Dobrze że ktoś tutaj wspomniał o zamku w NWN2, będę musiał spróbować, bo coś czuję że to coś dla mnie 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here