Singularity najbardziej podobne jest do ostatniej produkcji Raven Software – Wolfensteina. Amulet Thule zastępuje tu UMC (Urządzenie Manipulujące Czasem). Mutanty z uniwersum B.J. Blazkowicza są łudząco podobne do tych z recenzowanej produkcji. Tu także mamy możliwość ulepszania naszego ekwipunku, a walki z bossami nie uraczą nas szeregiem innowacji. Ot, strzelaj w to, co się świeci. Biegając po wyspie Katorga-12, odstrzeliwując komunistów czy odpierając ataki mutantów, miałem nieodparte wrażenie, że w każdej chwili moje UMC może „przekręcić licznik” i miejsce podłych Rosjan zajmą nie mniej groźni naziści. Nie postrzegam tego jednak jako wady – klasycznych strzelanek nigdy za wiele. Nasuwa się natomiast inny wniosek: jeśli podobały ci się najnowsze przygody Blazkowicza to bez wątpienia powinieneś zainteresować się także Singularity.

Ochotnicy do Katorgi

Nie ma dobrej gry bez czerwonej beczki

Akcja gry toczy się na wyspie o niebyt zachęcającej nazwie Katorga-12. W czasie Zimnej Wojny toczyły się tam prace nad Pierwiastkiem 99 (lub E-99). Wspomniany pierwiastek szybko został wykorzystany jako doskonałe źródło energii. Fanatyczni naukowcy z ideałami komunizmu w głowach, nie poprzestali jednak na tym. E-99 okazał się być materiałem umożliwiającym korzystanie z telekinezy i manipulowanie czasem. Niestety, wkrótce potem wyspę zniszczył tajemniczy wybuch, nazwany oryginalnie „Singularity” (po naszemu „osobliwość”).

Wracamy do czasów teraźniejszych. Potężny impuls elektromagnetyczny, mający źródło na wspomnianej wyspie, niszczy amerykańskiego satelitę szpiegowskiego. Na miejsce zostaje wysłana grupa do zadań specjalnych ze „stolicy hamburgera”. W jej skład wchodzi nasz bohater – Nate Renko. Jak można się było spodziewać, lądowanie helikoptera komandosów nie przebiega pomyślnie. Poza nami, z katastrofy cało wychodzi tylko jedna osoba. Na domiar złego, kolejny incydent czasowy przenosi nas w przeszłość, do roku 1955. Trafiamy w sam środek szalejącego pożaru, z którego ratujemy niejakiego doktora Demiczewa. Decyzja ta okazuje się brzemienna w skutkach – resztę naszego pobytu na wyspie spędzimy, starając się ponownie zmienić bieg historii. Zajmie nam to jakieś sześć godzin. Standard jeśli chodzi o współczesne shootery, ale mało jak na produkt za sto złotych.

Fabuła, choć nie grzeszy oryginalnością, jest jednym z mocniejszych punktów recenzowanej gry. Opowiadana historia wciąga z mocą odkurzacza napędzanego E-99 i nie puszcza aż do samego końca. Nie braknie tu zwrotów akcji i niespodziewanych spotkań. Dodatkowym smaczkiem są znajdywane w dużych ilościach notatki i pamiętniki audio, ujawniające różne ciekawostki. Najważniejsze jest jednak to, że pomimo całego zamieszania z podróżami w czasie, autorom udało się sprawić, że fabuła jest ciekawa i zrozumiała. Ten element gry muszę więc pochwalić.

Stary, gdzie moja tekstura?

Cofam prośbę o podwyżkę!

Tego samego nie można niestety powiedzieć o innych elementach gry. Jej największą bolączką jest (o dziwo) grafika. Raven Software zrezygnowało z silnika id Tech 4 na rzecz popularnego Unreal Engine 3. I choć produkt id Software jest o kilka lat starszy, to śmiem twierdzić, że Wolfenstein momentami był ładniejszy niż o rok młodsze Singularity. Niektóre tekstury wyglądają tu niczym wyciągnięte z Soldier of Fortune, o ile w ogóle zechcą się wyświetlić. Nagminnie zdarza się, że wczytują się one błędnie (czy też wcale), czego wynikiem jest paskudny, rozmyty obiekt, tylko teoretycznie przypominający to, co miał przedstawiać. Problemu tego nie rozwiązuje nawet ponowne uruchomienie gry – musimy po prostu bawić się dalej, i czekać na to, że szczegóły ponownie zaczną się wyświetlać. Błąd ten dotyczy jedynie wersji PC, a Raven Software „przygląda się” problemowi.

Kolejny duży minus należy się za polonizację. Rodzimy wydawca gry przygotował dla nas pełny dubbing. Jak to często bywa w takich przypadkach, całość wypadła tragicznie. Drogi LEMie, aby uniknąć kolejnej kompromitacji (wciąż pamiętamy tryb multiplayer w Modern Warfare 2), po prostu skup się na napisach.

W czym tkwi problem? Po pierwsze: rosyjski akcent. Polscy aktorzy wysilili się i podłożyli wszystkie głosy, dokładając do nich fatalny rosyjski akcent. Brzmi to po prostu żałośnie. Po drugie: ekspresja wypowiadanych kwestii jest zerowa lub absolutnie nieadekwatna do sytuacji. Litości, już Waldemar Pawlak zrobiłby to lepiej.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

5 KOMENTARZE

  1. http://downloads. zafehouse. com/singpatch/Singu. . . ePatch. rarNieoficjalny patch związany z błędnym doczytywaniem tekstur w Singularity. Ogólnie to gra w wersji angielskojęzycznej zasługuje na 7. Jak pisałem wcześniej jest nierówna, ale dopiero później pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Szkoda że Raven zablokowało możliwość interakcji z większością przedmiotów. Nawet skrzynki z amunicją są „przyspawane” do podłogi i nie można ich po prostu potraktować TMD. Po spatchowaniu i poprawieniu w rejestrze paru ustawień w enginie uważam że jest dobrze, ale mogło być o wiele lepiej.

  2. A u mnie co jakiś czas strasznie się wiesza. . . Leci na mnie chmara potworków a tutaj mam 1-2 sek cooldown-a. Strasznie irytujące zważywszy, że powtarza się to co jakieś 30 sekund :/Co do gierki zabiorę się za nią dalej gdy wyjdzie jakiś patch niwelujący tą przypadłość. PS. Kompa mam dobrego więc nie sądzę, aby bebechy z niego były przeszkodą, sterowniki od karty także najnowsze 🙂

  3. Panie autorze, co do podpunktu „cisza”. Jeśli grasz na Win7 to wystarczyło w czasie gry wcisnąć alt+tab, nacisnąć na taką ikonkę od dźwięku(przygłaśniania) -> mixer -> i przejechać suwakiem od zadania SINGULARITY na samą górę. Mi to pomaga 🙂

    • Panie autorze, co do podpunktu „cisza”. Jeśli grasz na Win7 to wystarczyło w czasie gry wcisnąć alt+tab, nacisnąć na taką ikonkę od dźwięku(przygłaśniania) -> mixer -> i przejechać suwakiem od zadania SINGULARITY na samą górę. Mi to pomaga 🙂

      No właśnie czytałem to podczas grania i mi jakoś nie pomogło. A mam Win7.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ