Żyjemy w świecie po uszy pogrążonym w technologii. Napisać takie zdanie w felietonie na portalu takim jak Valhalla to truizm. Sam fakt korzystania przez Was z sieci Internet sprawia, że czuję się tak jak ktoś, kto chciałby tłumaczyć Eskimosom czym jest śnieg. Co jednak gdy wszędobylskich zdobyczy techniki XX i początku XXI wieku nagle zabraknie? Należę do pokolenia, które pamięta jeszcze czasy prehistoryczne… znaczy te sprzed ery Internetu. Czasy, gdy mały Kot z ekranu oglądał śmiesznego pana z dużymi uszami mówiącego narodowi w jednym z dwóch dostępnych programów telewizyjnych, że „rząd sam się wyżywi” i tak dalej. Jestem też z tych, którzy „łapią” np. kawał o człowieku, który wszedł do Pewexu i poprosił o azyl. Ba! Kojarzę nawet Albina Siwaka. Jestem zatem dla dzisiejszej młodzieży szkolnej starym piernikiem. Mimo to bez zdobyczy technologii czuję się tak, jakby Kot był nagi. Nie potrafię obyć się bez komputera, telefonu komórkowego, konsol do gier a ostatnio także tabletu oraz… nawigacji satelitarnej. Choć i tutaj mam swoje kocie dziwactwa – nie uznaję SMSów. Nie wysyłam ich, nie odpowiadam na nie. Znany jestem z tego, że zawsze oddzwaniam. To moje dziwactwo sprawia, że większość znajomych też do mnie dzwoni. Cóż! Dla mnie wiadomości tekstowe zubażają kontakty międzyludzkie… no dobra! Tak naprawdę to nienawidzę pisać na klawiaturze tych cholernych telefonów!

Niestety tych wszystkich zdobyczy techniki zostałem pozbawiony w ostatnie wakacje.

Kot w lesie

Zbieraj się jedziemy na wieś – usłyszałem pewnego bardzo upalnego letniego dnia od nieznającej sprzeciwu pani Kotowej. Od razu wiedziałem, że wszelkie miganie się od wyjazdu jest bezcelowe. Zrezygnowany wstałem z ulubionej kanapy wiedząc już, że miesięczny urlop, zaplanowany przeze mnie z precyzją szachowego mistrza właśnie trafił szlag. Biorąc poprawkę na upały, które zamieniają ten przeklęty kraj w afrykańską pustynię miałem leżeć kocim brzuszkiem do góry w klimatyzowanym pomieszczeniu, raczyć się napojami orzeźwiającymi, grać, a wieczorami gdzieś wyskoczyć na kręgielki, tudzież do kina. A tu taki pech! Najbliższe dwa tygodnie miałem spędzić na cholernej prowincji. A jak mówię prowincji to naprawdę mam na myśli totalne zadupie na wschodniej mapie Polski. A mogłem się ożenić z poznanianką (oj babo nie czytaj tego!). Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam przyrodę oraz zieleń – przyrodę na pulpicie Windowsa 7 jako tapetę, a kolor zielony bo nie męczy wzroku. Ostatecznie mogę pobuszować po lesie w jakiejś grze RPG, albo pobiegać z padem w ręku z bohaterem gry Alan Wake. Tyle z „natury” mi wystarczy. Do lasu wejdę tylko po zaciągnięciu mnie tam siłą (tyle w telewizji mówią o tych kleszczach!) z ptaków to rozpoznam tylko bociany, a kruka na 100 procent pomylę z wroną. Kiedyś na wycieczce daleko za naszą wschodnią granicą wolałem z górskiego szlaku zjechać kolejką linową, która pamiętała chyba jeszcze batiuszkę Stalina. Po wszystkim stałem się na chwilę lokalnym bohaterem – okazało się, że nieliczni turyści NIGDY nią nie jeżdżą ponieważ grozi to kalectwem, lub jeszcze tym gorszym. Cóż… wolę szybką śmierć niż wielokilometrowy marsz! Taki to ze mnie podróżnik psia jego mać od siedmiu boleści. Nawet siedzenie na gołej ziemi/trawie/etc uważam za aberrację bliską zboczeniu.

Nie dziwcie się zatem, że zacząłem się pakować z ogromną niechęcią. Tak sobie bowiem ubzdurałem, że od momentu zakomunikowania przez panią K. hiobowej wieści o wyjeździe postanowiłem szybko wcielić podróż w czyn. Jak już wspomniałem były akurat upały, a więc uparłem się na jazdę nocą. W dodatku nie swoim samochodem. W genialnym kocim umyśle narodził się plan pożyczenia od Taty-Kota samochodu terenowego. W końcu miałem jechać w miejsce gdzie za przeproszeniem „psy dupami szczekają” dotrzeć więc tam można co najwyżej amfibią, lub terenówką. Po szybkim telefonie do „TK” wszystko było ustalone. Ba! Szanowny rodziciel ucieszył się ponad miarę, że młody „K” ruszy dupsko poza stolicę i zadeklarował, że przed wieczorem podstawi samochód, a nawet zatankuje do pełna. Cóż… skazańcy mają ostatni, pyszny posiłek. Ja miałem dostać pełny bak. Spokojny o transport zacząłem się pakować. Co jest niezbędne na wiejski wypad? Oczywiście konsole przenośne (sztuk dwie), aparat fotograficzny oraz przenośny internet w „usb-kijku” plus Laptop. Tak wyposażony powinienem znieść cały ten wakacyjny horror.

O święta naiwności. Jakiś złośliwy bożek anty-technologiczny postanowił zrobić mi psikusa. Nie dość, że nawigacja satelitarna zgubiła się po jakichś stu kilometrach i ciemną nocą błądziłem po jakichś wertepach to jeszcze na miejscu Internet działał jak chciał! Ba! W tym zapomnianym przez cywilizację zakątku szwankowała nawet sama telefonia komórkowa. Co gorsza wszyscy wokół mnie dobrze się bawili. Nawet pływali w rzece! Jak można być tak nieodpowiedzialnym i pływać w rzece? Diabli wiedzą co tam siedzi? Szczęk, albo innej Piranii 3D nie oglądali do cholery, czy co?

Zgryźliwy tetryk

Zirytowało Was to co wyżej napisałem. Taki właśnie humor miałem przez dwa tygodnie wiejskich wojaży. Nie wiem jak ludzie ze mną wytrzymali. Zapewne dałem się nieźle we znaki dalekiej rodzinie żony, a przy okazji utrwaliłem powszechny w kraju obraz warszawiaka-buraka. Równowaga wróciła mi natychmiast po powrocie. Cóż poradzić? Jestem uzależniony od technologii i zdobyczy cywilizacji. Moim naturalnym środowiskiem jest beton i stal, a bez technologii żyć nie mogę. I wcale nie chodzi o to, że muszę jej używać. Muszę mieć pewność, że JEST wokół mnie. Gotowa na moje skinienie. Bez poczucia o jej obecności czuję się psychicznie, a nawet fizycznie źle.

Co ciekawe w środowisku w którym się obracam są jeszcze więksi „techno-psychole” ode mnie. Jeden z moich znajomych jest gorącym zwolennikiem transhumanizmu. A jako, że jestem wrednym sukinkotem to przy każdej okazji wyśmiewam go, ze za dużo się naczytał Gibsona, Sterlinga i Stephensona, a granie w Cyberpunka 2020 skrzywiło mu psychikę. Na koniec pytam się go, czy dałby sobie z własnej woli obciąć fiuta w zamian za wielofunkcyjną protezę wielozadaniową marki „Wańka-Wstańka” z opcją Bluetooth i Wi-Fi! Zawsze doprowadza go to do szewskiej pasji. To chyba też trochę tłumaczy mój stosunek do nadchodzącej, trzeciej odsłony Deus Ex’a. No, ale obiecałem swego czasu, że nie będę pisał o tej grze. Rozliczę się z nią w recenzji. Tak więc cicho sza!

Google robi wojnę?

Przed przyszłością nie uciekniemy i Kot mówi, że to jest dobre! Czasem jednak rozwój technologii potrafi wyprowadzić nas na manowce. Pal licho szwankujący GPS? Co powiecie na niemalże wybuch wojny przez błąd aplikacji Google? O co chodzi? W pierwszych dniach listopada Nikaragua teoretycznie napadła zbrojnie na Kostarykę. Czy politycy z Managui (stolica) poszaleli atakując pozbawione wojska państewko będące pod militarnymi „skrzydłami” Stanów Zjednoczonych? Nie do końca. Zawiniło Google. Dzielni wojacy przekroczyli graniczną rzekę ponieważ według Google Maps tereny te należały do Nikaragui. Ot proszę! W XXI wieku wyszukiwarka internetowa miesza się do geopolityki! Żaden fantasta by tego nie wymyślił.

Co czeka nas w przyszłości? Aż strach pomyśleć.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

14 KOMENTARZE

  1. Uwielbiam spacerek w lesie! Grzybobranie nie moj klimat ale sam las i ten charakterystyczny zapach po prostu uspokaja. Najlepiej nad jeziorkiem jak jeszcze mozna sie wykapac 🙂

  2. Też się lubię od wielkiego dzwonu przejść po zielonym i wśród zielonego (rzeczywiście, uspokaja), ale pobyt w takim otoczeniu tylko pod pewnymi warunkami. To znaczy, nie za daleko od cywilizacji (czyt. przynajmniej jakaś większa droga w odległości słuchu), z pewnym dostępem przynajmniej do sieci komórkowej i najwyżej na kilka godzin. Gdyby ktoś próbował mnie zmusić do takiego wyjazdu jak opisywany w felietonie (na totalne zadupie pozbawione !Internetu!), to po prostu zagryzę a nie pojadę. I nie obchodzi mnie reakcja otoczenia na tą niezrozumiałą „niechęć do przyrody” (którą naprawdę szczerze kocham, ale jest to jeden z tych nielicznych szczęśliwych związków na odległość), moje zdrowie psychiczne jest dla mnie ważniejsze.

  3. A ja tam lubię przyrodę. Lubie ją do tego stopnia, że swego czasu (jak jeszcze nie byłem starym, leniwym piernikiem) zabierałem sobie śpiwór, jednoosobowy namiot i szedłem spać w lesie parę kilometrów za domem. Tak tak, w lesie. Nie w parku, nie w krzorach pod balkonem, nie na spacerniaku dla staruszków z 10cioma drzewami na krzyż, tylko w LESIE – wiecie, pierdyliard drzew dookoła, krzaki przez które trzeba iść z maczetą, korzenie sięgające do kolan, ściółka w którą zapadasz się po kostki itd. Noc spędzona samotnie w namiocie z tymi wszystkimi tajemniczymi dźwiękami dookoła to coś niesamowitego. Tak, taki był ze mnie kawał twardego skurczybyka. Nawet kilka razy pogoniły mnie dziki – wiecie takie świnki morskie tylko tysiąc razy większe i nie biegające w metalowym kółku jak psychole. :)Teraz dupsko ruszam jedynie po piwo 50 metrów od chaty a brak internetu powoduje natychmiastową chęć położenia się spać. Z przykrością stwierdzam, że niespecjalnie mi się to podoba. . . :

  4. aaaaa ja tak jak koledzy powyżej mogę na zieloną trawkę ale w rozsądnych granicach. Czyli też jestem w pułapce technologii. digital no fajnie że masz taki las ja też mam hmmm zagajniczek blisko domu, ale tam dzików nie ma są za to dzika żuleria racząca się siarą. Chyba dawno dziki wystraszyli :DW ostatnie wakacje jak pojechałem na turnus to jak opiekun z biura podróży po przyjeździe zapytał czy mamy jakieś pytanie to ja oczywiście ręka do góry i pytam czy w pokojach jest internet. Nie było 🙁 Ale tego nie przebijecie przy hotelu było tak, że był deptaczek i bar w ogródku tego baru był hotspot a dalej przejście na plaże po lewej była plaża nudystów, a po prawej taka zwykła. Sęk w tym, że internet dochodził trochę ponad skraj tej dla nudystów, a tej drugiej już nie. Zgadnijcie co zaproponowałem żonie. Bo oczywiście na plażę bez netbooka iść?Ostatecznie jednak surfowałem tylko z barówy 🙁

  5. a przy okazji utrwaliłem powszechny w kraju obraz warszawiaka-buraka.

    no to dałeś czadu Kocie :)A ja jestem ze wsi. Latem jeżdzę na traktorze serio. Las też mam blisko i sarenki 🙂 Mamy gospodarstwo agroturystyczne choć dziś się na to mówi ekologiczne letników mamy co roku. W te wakacje byli jacyś, ale nie z Warszawy tylko z Łodzi. W sumie niewielka różnica. W każdym razie przyjechali jasniepaństwo miastowe 😀 już nastepnego dnia rano wszystkich irytowali. To ja postanowiłem sobie jaja zrobić z siostrą. Przebrałem się na Janka Muzykanta. No wiecie biała koszulina taka wkładana przez głowę 😀 nie do końca w spodnie włożoną włosy płowe zmierzwiłem. szare spodnie i do tego klapki chińskie takie z bambusa przypominające sznurek. Młodsza siostra też się odpowiednio ubrała no i poszliśmy po konika a raczej naszą klaczkę. Letnicy byli na podwórku rozkładając sobie fotele i tak dalej a ja powoli wychodzę z kuniem na powrozie z siostrą siedzącą na grzbiecie i trzymającą się grzywy. No i tak ostentacyjnie idę, paradując tak przed nimi 😀 Zatrzymuję się na środku podwórza i krzyczę maatuuuluu w pole idziemymatka jak nas zobaczyła to ledwo kamienną twarz zachowała, a letnicy miny bezcenne. No i żeśmy poszli za bramę potem ryczałem ze śmiechu. Nastepnego dnia pan letnik się mnie pyta czy tu jest jakaś kafejka internetowa w okolicy albo hot-spot i zaczął mi tłumaczyć co to ten Hotspot . To ja na to żeby mi dał laptopa. Skonfigurowałem mu WiFi na moją sieć oddaję lapka i mówię – teraz ma pan Net od kurnika do obory. Dalej lepiej nie wychodzić. . . kolejna mina bezcenna :DUwielbiam letników. a na wsi mieszka się miło. Owszem mam daleko do sklepu z elektroniką. Gry muszę zamawiać w sklepach internetowych. Do kina wyprawa to całe logistyczne przedsięwzięcie, ale chyba w mieście dużym mieszkać bym nie mógł. Tylko na zajęcia jeździć masakrycznie czasem wstaję i 4:30.

  6. Zmiana otoczenia nie jest dla mnie problemem. Mieszkałem na wsi i w mieście. Teraz jest to stan pośredni. Za daleko do centrum, za blisko żeby nazwać to wsią. Wystarczy ruszyć się kawałek i już można chodzić po łąkach i lasach. W gęstą jak atrament noc spacer nawet stalkerowy odpowiednik nie zapewnia takich wrażeń ;). Sam preferuję piesze wędrówki, odpocząć w totalnej ciszy i dać odpocząć oczom od radiacji monitora. A co do technologii, to wiadomą rzeczą jest, że mieszkańcy dużych miast szybko przyswajają różnego rodzaju nowości. Większe dochody, zapotrzebowanie i gadżetomania – bez urazy ;). Sam znam informatyka, który zasypuje mnie informacjami o nowościach, począwszy od telefonów a skończywszy na komputerach. Ciekawe czy jego entuzjazm w końcu opadnie. Natomiast jeżeli chodzi o taki internet, to nie będę ukrywał, że przy sporadycznych awariach mój organizm dziwnie reaguje. Nawet gdy go nie używam, w mózgu zawsze pali się lampka mówiąca, że w razie czego można z niego skorzystać. Nie muszę go mieć „pod pachą” w formie notebooka, ale w domu – zawsze. Patrząc w tym kontekście na Deus Ex i zakończenie „New Dark Age”, były to dla mnie i dla wielu innych zaiste nowy, ciemny wiek.

  7. A ja jak jadę odpoczywać, to tylko bez technologii. Od biedy komórkę zabiorę. W lecie najlepiej kajaki albo w góry. Ważne, aby w fajnym towarzystwie, wtedy nawet zła pogoda nie psuje wyjazdu. Spanie w namiocie, gotowanie na ognisku itp to są momenty kiedy tak dobrze odpoczywam od życia codziennego, że nie wyobrażam sobie aby mogło być inaczej 🙂 Jesli chodzi o granie na wyjazdach to karcianki i planszówki jak coś 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ