Multimedialny zgon
Mawia się, że człowiek uczy się całe życie i głupim umiera. Coraz częściej mam jednak wrażenie, że pojawia się w trakcie naszego istnienia etap, kiedy to zaczynamy cofać się w naszym rozwoju...
Paweł Borawski, Valhalla.pl - 24.07.2009 - 17:00
Klik, klik, kaput...
3
Z naszego dzieciństwa miewamy różne wspomnienia... Bywają pozytywne, całkowicie nijakie lub totalnie smutne... Jako „podrostek” każdy z nas miał swoje zainteresowania, fascynacje, pierwsze cele. Śmiało można założyć, że większości z tu zebranych zdarzyło się ulec manii zbierania. Kolekcjonować można różne przedmioty – znaczki, papierki z gum, naklejki, resoraki i tysiące innych rzeczy. Choć pewnie są wyjątki, istnieje spora szansa, że naszym „targetem” stały się wreszcie pisma o grach. Kupione za ciężko oszczędzone pieniądze (chociażby zyskane na niejedzeniu bułek w szkole...), będące jedynym źródłem informacji o tytułach, których zdobycie nie było już tak łatwym zadaniem. Większość z tych magazynów zapewne do dziś zajmuje honorowe miejsce na jednej z półek, zbierając co prawda kurz, ale wciąż przykuwając nasz sentymentalny wzrok.
Wspomnianym we wstępie etapem jest moment, gdy zaczynamy przygodę z Internetem. Sam zabawę z siecią rozpocząłem jeszcze w „lepszych” czasach, kiedy w Polsce królowały jedynie modemy, a prędkość łącza – dzięki naszemu kochanemu monopoliście - zamiast oferowanych 56k, wynosiła jedynie 14k. Był to okres niepodzielnych rządów e-zinów, tworzonych przez zapaleńców, a w wielu wypadkach i przyszłych dziennikarzy. Wtedy to wciąż istotnym faktem było nie tylko jak, ale i co przekazujemy. Internetowe pisma nie mogły pozwolić sobie na zalewanie gracza screenami większymi niż te o szerokości 300 pikseli i ciężarze kilku kilobajtów, nie mówiąc już o filmach. Technika jest jednak jak pędzący pociąg – nie da się jej zatrzymać.
Nastąpił multimedialny zgon. Sam swoje dziennikarskie podboje zaczynałem w zinie Revolter, którego redakcja dość szybko zmieniła kierunek działań i stworzyła portal gry.o2.pl. Wiele czasu spędziłem też w Załodze G, która pod presją czasu przekształciła się najpierw w serwis newsowo-zinowy, a następnie w pełnoprawny wortal. Nie chodzi jednak o same zmiany w działaniu witryn – bardziej niż o tym, trzeba wspomnieć o oczekiwaniach użytkowników, którzy stopniowo poczuli powiew błogiego lenistwa i zaczęli oczekiwać innych form publikacji.
Minie jeszcze sporo czasu, zanim prasa zupełnie zniknie z rynku. Jednak już teraz można zauważyć, że zaczynamy traktować ją z sentymentem, podczas gdy po najświeższe informacje udajemy się do sieci. Mam wrażenie, że czytelnicy stają się widzami. Wraz ze stopniowo zdobywającymi sieć grafikami w wysokich rozdzielczościach i materiałami wideo, coś w nas pękło. Straciliśmy pewne ambicje. Sam wciąż czytam naprawdę sporo, więcej niż większość rówieśników. Ale jako autor tekstów spostrzegam, że internauci coraz częściej decydują się obejrzeć gameplay, kilka trailerów, rezygnując z czytania recenzji. Szkodą tym jednak wyłącznie sobie.
Poza kwestiami czysto intelektualnymi, o których pomyślał sobie każdy, tracimy zwyczajną przyjemność z poznawania. Kiedyś, jeśli w ogóle otrzymaliśmy trailer, był on tylko jeden, prezentujący naprawdę szczątkowe elementy gameplayu i fabuły. Obecnie jesteśmy zasypywani materiałami pokroju pamiętników dewelopera, przewodników po świecie, półgodzinnych gameplayów, pełnych zlepków przerywników filmowych i ujęć behind the scenes. Gdy zaczynamy prawdziwą rozgrywkę, wiemy już jak potoczy się kilka pierwszych misji, czasami po obejrzeniu udostępnionych klipów jesteśmy w stanie przewidzieć zakończenie, a większość z nowości nijak nie jest już faktycznym novum.
Co gorsze, sytuacje takie nie tyczą się tylko gier. Jako miłośnik twórczości Jamesa Camerona jestem też oddanym fanem Terminatora. Wielokrotnie pochłonąłem pierwsze dwa filmy, doceniam trzeci, oglądałem z zapartym tchem pierwszy sezon Kronik Sary Connor. Gdy pojawiły się pierwsze zapowiedzi Terminator: Salvation, wyszukiwałem najdrobniejszych przecieków. Dałem złapać się w błędne koło, gdzie każda wypuszczona do sieci scena była zbawieniem i przekleństwem. Jak miliony fanów, już z pierwszych trailerów dowiedziałem się kim naprawdę jest Marcus Wright. Dzięki wywiadom udzielonym przez McG poznałem odrzucone zakończenia filmu, ale tym samym znałem już część prawdziwej końcówki...
Tracimy. Sami pozbawiamy siebie przyjemności z odkrywania, możliwości zyskiwania wiedzy, Powiedzmy to sobie szczerze: wymagamy mniej, cofając się w rozwoju. Smutne, ale prawdziwe jest to, że połowa z naszych znajomych jako stolicę Australii wskaże Sydney. A to chyba mówi już samo za siebie...