Stosunek przerywany
Gry są krótkie. To niezaprzeczalny fakt, ale większość osób już do tego przywykła. Czasem jednak ktoś zderza się z tą nową rzeczywistością i jest w szoku. Tak było z moim dobrym znajomym, któremu zepsułem wakacyjny urlop. Jego szanowna małżonka do dziś nie może mi wybaczyć.
Jarek Kot, Valhalla.pl - 22.09.2009 - 11:37
Koniec! Kup drugą część...
12
Zacznę jak stary, „growy” dziadek prosto z lasu – pamiętacie czasy, kiedy można było zaszyć się w pokoju na tygodnie, a nawet miesiące (Elite, Frontier) i bawić się jedną grą przez naprawdę długi czas? Ja pamiętam doskonale, że bywały produkcje, których przejście potrafiło zająć więcej niż 40, a nawet 50 godzin. Oczywiście odrobinę generalizuję. Były i krótsze produkcje, ale to co się dzieje od kilku dobrych lat zakrawa na jakąś farsę. Najbardziej drastycznym przykładem tego trendu są ostatnie przygody Jamesa Bonda. Grę można „rozwalić” w trzy, a jeśli za joypadem siedzi prawdziwa łamaga, a nie wirtualny Agent Jej Królewskiej Mości do czterech godzin. Podobnie było w przypadku Terminator: Salvation. Przykłady można mnożyć. Dla mnie, czyli recenzenta parającego się „gierkami” zawodowo jest to sytuacja komfortowa. Zdradzając pewne tajemnice kuchni mogę powiedzieć nawet, że my, czyli dziennikarze „growi” (nie lubię tego słowa, ale cóż) w końcu nie musimy łgać jak psy wciskając czytelnikom kit, że artykuły powstają po dogłębnym (czytaj po przejściu od deski do deski) zapoznaniu się z danym tytułem. Nie, moi kochani. Przed erą Internetu były ratujące skórę presspacki, a teraz jest World Wide Web i serwery FTP wydawców i dystrybutorów. Jeśli ktoś wierzył święcie, że w takim piśmie X (miesięcznik!) jeden autor potrafił przerobić przez cykl wydawniczy cztery, a nawet więcej gier to gratuluje naiwności. Było też pismo (już nie żyje od lat), które z jednostronicowego pressa, trzech screenów i kilku punktowego FAQ potrafiło zrobić recenzję na 4 strony. No, ale dosyć o „branży”. Wróćmy do wspomnianego wyżej znajomego.
Jakiś czas temu Kot miał kłopot. Wybierałem się na urlop, a niestety w naszej pięknej stolicy w okolicach wakacji harcują włamywacze i innej maści paskudy. Być może jestem przewrażliwiony, ale autentycznie bałem się zostawić mieszkanie bez opieki, a dozór starszej „pani Zofii”, która miała podlewać kwiatki pani Kotowej uważałem za niewystarczający. Chyba, że sędziwa staruszka miała w zanadrzu ukrytego kałasza. Nie miała i musiałem podjąć drastyczne kroki. Wszystko to co dla mnie najcenniejsze, czyli moje konsole do gier postanowiłem przechować u któregoś ze znajomych. Wybór był ciężki. Jestem wredny i z premedytacją szukałem kogoś, kto nie jest pasjonatem gier. Nie było to lekkie zadanie z powodu kręgów w jakich się obracam, ale w końcu znalazłem Wojciecha, który ponad dekadę temu po prostu przestał się interesować elektroniczną rozrywką. Nie będę się wdawał w dywagacje dlaczego tak się stało – nie rozprawiam nad rzeczami, których nie potrafię pojąć.
Tak więc umówiłem się telefonicznie, że w czasie kiedy ja będę łkał i płakał w przeklętej krainie Faraonów z powodu cholernych (tak cholernych) upałów moje kochane zabawki trafią do przyjaciela. Zapakowałem moje skarby do pudeł i ruszyłem zadowolony do domu kolegi. Na miejscu tragedia! Kumpel przywitał mnie ze złamaną kończyną dolną. Od tygodnia nudził się jak mops. Trudno się nie zlitować. Otworzyłem skrzętnie opieczętowane konsole i podłączyłem do jego nad wyraz dużego telewizora. Nalegał nawet na podłączenie Wii, choć ostrzegałem, że z zagipsowanym kulasem to sobie nie bardzo pogra. Potem jeszcze spędziłem kilka chwil patrząc jak oswaja się z czymś dla niego tak egzotycznym jak joypad. Skonfigurowałem mu usługi sieciowe, poleciłem kilka(naście) tytułów z którymi powinien się zapoznać – ostatnio grał chyba w szóstą część Might&Magic. Pożegnałem się grzecznie i wyfrunąłem na dwa tygodnie z naszego pięknego kraju.
O wakacyjnych wojażach dużo pisać nie będę. Egipt w lecie to nie jest najprzyjemniejsze miejsce, a jak zauważyłem z konsternacją większość turystów ma zwiedzanie w przysłowiowej „dupie” i woli smażyć się na plaży w tłumie podobnych sobie desperatów. Samo zwiedzanie też do przyjemności nie należy. Wielbłądy śmierdzą, sklepikarze są namolni i za głośno krzyczą. Skwar, duchota i tak dalej. Grunt, że pani Kotowa była szczęśliwa. Ja się tam nie liczę!
Powrót do kraju powitałem z błogością. Wychodząc z samolotu prawie wykonałem manewr ministra Siwca z „ucałowaniem ziemi kaliskiej”. Dwa dni później zawitałem u znajomego. Pierwszym sygnałem zagrożenia, który oczywiście zignorowałem była zacięta twarz połowicy mojego przyjaciela. Salon gospodarzy zapamiętałem jako klinicznie czyste, nowoczesne wnętrze. Po dwóch tygodniach ujrzałem walające się boxy po zamówionym chińskim jedzeniu i pudełka po pizzy. Jakieś paproszki i folie po cukierkach. Był też zadowolony z siebie kumpel. Nie musiałem pytać, czy dobrze się bawił. Tym bardziej zaskoczony usłyszałem litanię narzekań na „nowoczesne gry”. Dla świeżo upieczonego konsolowca, którego (przyznam to z dumą) sam stworzyłem w ekspresowym tempie te nowe gry były... skandalicznie krótkie. Pytam: w coś grał. Twardziel przeszedł prawie jedną czwartą moich gier. W tym Gearsy 1&2, Resistance 1&2 i kilka innych polecanych przeze mnie żelaznych pozycji. Drugą rzeczą, którą zauważył nasz „konsolowy nuworysz” były skandaliczne zakończenia tych nowych gier (tak to z pogardą określił). Zdenerwowało go zakończenie Gears of War, sięgnął po dwójkę i zirytował się jeszcze bardziej. Pytał się czy robienie ludziom wody z mózgu, niewyjaśnianie niczego i „czekaj na kolejną odsłonę serii” to jakiś nowy trend w grach wideo. Autentycznie powiedział, że dobrze bawił się do momentu ukończenia gier. Nowe produkcje to dla niego niech zacytuję, choć nie odda to soczystości tej wypowiedzi:... to jak stosunek przerywany. Grasz, grasz i ktoś ci przerywa! Tak, już w czasach liceum kolega miał barwne porównania za które często lądował w kozie.
To było naprawdę ciekawe doświadczenie. W sumie zawsze wiedziałem i Wy zapewne również o tych oczywistych faktach, ale przyglądanie się jak ktoś zupełnie świeży odkrywa tę bolesną prawdę było dla mnie czymś nowym. Często ludzie mówią, że kiedyś gry były lepsze. Pamięć jest zawodna. Na ogół pamiętamy tylko to co dobre. Koloryzujemy, zapominamy o irytujących błędach. Wychwalamy co tylko się da. Słowa „było lepiej” traktujemy z pobłażaniem. W tym jednak przypadku miałem do czynienia z osobą, która w 100 procentach zerwała z grami wiele, wiele lat temu i przez ponad dekadę nie zagrała w ani jedną grę wideo i jestem skłonny dać wiarę jego narzekaniom.
Na koniec muszę dodać, że największą ofiarą mojego niezamierzonego eksperymentu była żona kolegi. Kiedy już pakowałem ostatnie pudła nadobna niewiasta rzekła: zabieraj te przeklęte zabawki!
Nie bardzo rozumiałem w czym rzecz, a że byłem obładowany sprzętem to tylko uśmiechnąłem się i pożegnałem. Tydzień później przyjaciel zaprosił mnie na weekendową imprezkę. Po zaopatrzeniu się w odpowiednie butelki napojów wyskokowych dziarsko ruszyłem (taksówką!) na zabawę. Od progu przywitały mnie znajome dźwięki. Wojtek szczęśliwy jak nigdy biegał po Liberty City z Niko Bellikiem i kuzynem Romanem.