Dzień świra
Jestem perfekcjonistą. Może to trochę nieskromne tak pisać (zwłaszcza na samym początku felietonu), ale co mi tam. Szczególnie, że tu się często nie ma z czego cieszyć - to jest istna klątwa.
Piotr Podgórski, Valhalla.pl - 09.06.2008 - 15:59
Następne stadium...?
0
Nade wszystko jest to problematyczne kiedy człowiek, tak jak autor niniejszych słów, większość swojego czasu coś pisze. Nie ważne czy jest to jakiś mniej lub bardziej techniczny dokument game developerski, program czy felieton taki, jak ten – zawsze znajdzie się dziesięć tysięcy rzeczy, które można w nieskończoność poprawiać, korygować czy wreszcie wyrzucać (czasem pojedyncze linijki, czasem całe teksty), bo okazały się nie sprostać wymaganiom mojego własnego, wrednego mózgu, który kilka chwil wcześniej je, że tak powiem, spłodził.
Ileż tekstów valhallowych skończyło w ten sposób – napisanych, po czym nawet niezapisanych z powodu, nawet minimalnego, niespełnienia wstępnych założeń jakościowych, długościowych, czy wszelkich innych autora... Kilka, może nawet kilkanaście już felietonów oraz niezliczone ilości postów znikały z komórek 768 megabajtów pamięci mojego komputera odlatując w cyfrowy niebyt. A w sumie nie tylko cyfrowy ale i ogólny. W sumie kto wie, może ten tekst też za chwilę powiedzieli losy wielu innych, przygotowywanych godzinami tylko po to, by nacisnąć delete.
W sumie w kwestii felietonów, czy nawet postów nie jest to aż tak denerwujące. Ostatecznie tu perfekcjonizm jest raczej potrzebny – może nie tak przesadny jak u mnie momentami, ale jednak. W końcu nie chcecie czytać tekstów robionych na kolanie bez należytego szacunku i niezbędnej dawki czytania i korygowania błędów po dziesięcio-czy-nawet-więcej-kroć. Ale kiedy człowiek zaczyna redagować z pietyzmem kaligrafa komentarze w programie to już lekka przesada.
Każdy programista Wam powie, że sensowne komentarze – i nazwy zmiennych – to najważniejsze wyznaczniki dobrego programu. Pomijając może tylko to, czy ów program w ogóle działa, ale z drugiej strony niezakomentowany kod ciężej naprawić i zmusić do działania jeśli ktoś coś sknoci. Tak czy siak, są to rzeczy ważne, bo tylko dzięki nim można szybko i łatwo dowiedzieć się co właściwie robi dana linijka kodu, dlaczego tam jest i co przestanie działać jak zmienię tu.... o, nie wybuchło. To dobry znak.
Czyli generalnie dobry komentarz – pół sukcesu. Problem leży w definicji dobrego komentarza. Ja czasem niestety mam tak, że niewiele się ona dla mnie różni od definicji dobrego tekstu literackiego. Nie, to nie znaczy że piszę wierszem, a już tym bardziej, że wklepuję nad pojedynczą funkcją elaboraty w nadziei uznania ich kiedyś za ważne dla kultury światowej. Po prostu staram się usilnie, żeby wszystko było możliwie ortograficznie i gramatycznie poprawne (no i oczywiście po angielsku co – mimo niezgorszej znajomości języka Szekspira – wcale nie ułatwia sprawy). Momentami łapałem się na zastanawianiu dlaczego w edytorze Geany nie ma sprawdzania pisowni... Chwilę później oczywiście waliłem się solidnie po czaszce – przecież w tym się pisze programy w Pythonie a nie powieści i poematy. Wszystko niby na „p”, ale jakże różne.
No i oczywiście pisanie na gadu/jabberze/ircu. Tu już mam sam z siebie po prostu niezły ubaw. W sumie nie piszę jakoś specjalnie wolno. Co więcej, pisanie bezwzrokowe nawet jako tako mi idzie (od r do u cały czas nie opanowałem - nie wiem za chiny dlaczego, ale tam zawsze muszę rzucić okiem, żeby się nie pogubić). Mimo tego jednak zwykle wysłanie wiadomości trwa znacznie dłużej niż bym chciał – czytaj tyle, że rozmówca zdąży przez ten czas wysłać nie jedną, nie dwie ale czasem ze cztery... A wszystko przez to, że siedzę, czytam i poprawiam, przecinki, wielkie litery, spacje (jak się czasem jakaś podwójna wkradnie) – horror.
Podsumowując – interesuję się trochę Japonią i językiem Kraju Wschodzącego Jena, ale powiem Wam, że gdybym faktycznie znał te dwa i pół tysiąca krzaczków to prawdopodobnie nie byłbym w stanie i tak czegokolwiek w nich napisać (odręcznie znaczy). Dlaczego? Bo siedziałbym ciągle i poprawiał ten pierwszy, nigdy nie będąc usatysfakcjonowany jego wykonaniem. Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej prowadzi do ciągłego braku zadowolenia z własnej twórczości – zawsze gdzieś kłębi się myśl, że „dało się lepiej”. Dobrze chociaż, że przestałem „rozpoczynać wszystkie swe zajęcia o pełnych godzinach w najgorszym razie o wpół” bo to już był pedantyzm...