No jak tam koledzy Valhallowicze? Czy Artur z ekipą już was dostatecznie zmolestował i założyliście sobie konto na Facebooku i Twitterze? Oczywiście nic w tym zdrożnego. Ot kolejny „kanał” dzięki któremu można dotrzeć do czytelników. Mówi się już, że ze względu na generowaną przez społeczność treść FB zaczyna być powoli zagrożeniem dla Google. Ja tam nie wiem. Korzystam tylko z Binga! A do Fejsa jak go na V określamy mam awersję odkąd zobaczyłem w pracy mojego znajomego strzelającego fotki swojemu talerzowi z sałatką i bułce z firmowego baru na parterze. Kiedy zapytałem czemu to zablokował fotograficzną „kanciapę” i odpala sprzęt za naście tysięcy złotych i pstryka fotki cholernemu śniadaniu odparł, że wrzuca na FB zdjęcia swoich posiłków ilustrując wpisy. Czy coś w tym guście.

Ja rozumiem umieszczanie w Sieci zdjęć żony (kochanki?), ulubionego psa, kota no… ewentualnie chomika, ale drugiego śniadania? Czy to jest ten finalny akcent zamykający rewolucję Web 2.0? Która dla mnie wygląda mniej więcej tak: białe, ascetyczne witryny w stylu blogowym. Wpisy prywatnych osób rozprzestrzeniające się niczym karaluchy. Informacja sprowadzona do poziomu taniej rozrywki i tak dalej. No i tak… zdjęcie posiłku sąsiadujące na witrynie z fotką startu promu kosmicznego jest równie ważne! To jakaś aberracja.

No, ale co tam. Kolega pewnie nie miał w tym czasie nic innego do roboty. Ciekawe tylko, czy szefostwo wie czym się zajmują pracownicy i do czego wykorzystywany jest profesjonalny sprzęt fotograficzny.

Ja nikogo na kociego Facebooka nie zaproszę. Nie mam nawet konta. Nie posiadam nigdzie kanału o nazwie „miau-miau”, ani nie prowadzę bloga opowiadającego jak to wstaję rano i drapię się po… głowie. Videologa (czy jak to się zwie) też nie mam. Może gdybym miał tyle do powiedzenia światu co taki Luntek to pewnie bym nagrywał!

W ogóle cenię swoją prywatność w Sieci. Co dziś nie jest takie łatwe. O tym, że jako „Jarek Kot” pisuję dla Was od kilku lat było totalnym zbiegiem okoliczności, a to ekhem sceniczne imię wymyślił właściciel Valhalli. Dlaczego? Ponieważ mój główny pracodawca odarłby mnie ze skóry, a w umowie widnieje jak byk, że – mówiąc ogólnie – jeśli będę pisał dla innego „podmiotu” to czeka mnie dotkliwa finansowa kara. Ot takie czasy. Zresztą Kot był tworem jednorazowym. Narodził się na potrzeby pisania o Wiedźminie, ale potem już jakoś tak zostało. Poza tym zdaje się, że mimo wszystko lubicie Kootta 😉

Tak to jest. Od ponad trzech lat hasam sobie po Valhalli jako J.Kot. Anonimowo i tak dalej. Jest jednak ktoś, a raczej Ktoś przez duże „k” kto mnie dopadł. Mowa o Polskich Kolejach Państwowych oraz firmie windykacyjnej. Te dwa podmioty od kilku lat z uporem osła twierdzą, że nazywam się Barbara L. I jestem im dłużny kilkaset złotych.

Nigdy o tym nie wspominałem, ale od dobrych pięciu lat przychodzą do mnie listy-laurki wzywające mnie Barbarę L (tu mój dokładny adres zamieszkania) do uiszczenia opłaty za mandat kolejowy, który ponoć dostałam… pardon dostałem w sierpniu 2001 roku na trasie Poznań-Wrocław. Pomijając kwestię, że nie nazywam się Barbara i nie jestem kobietą (sprawdzałem!) to nie miałem przyjemności pod koniec lata 2001 roku przebywać w pociągu. Pamiętam to dokładnie ponieważ w tamtym okresie w ogóle nie przebywałem w III RP, anie posiadam mocy bilokacji i nie mogłem przenieść jakiegoś drugiego kociego jestestwa z krainy kangurów na trasę kolejową z Poznania do Wrocławia.

Przez lata ignorowałem te listy z PKP konsekwentnie wyrzucając je do śmietnika. W pewnym momencie coś się zmieniło. Listy tej samej treści zaczęły przychodzić od firmy windykacyjnej. Co zrobiłem? Oczywiście zacząłem wyrzucać je do śmietnika.

Tak więc trwało to następne lata, a średnio co sześć miesięcy dostawałem list ponaglający biedną Barbarę do zapłaty. Sumka rosła i z głupiego mandatu zrobiła się pokaźna kwota. Ostatni list dostałem pod koniec października i tym razem nie zdzierżyłem. Postanowiłem że po latach skontaktuję się z tą cholerną firmą windykacyjną. Okazało się, że popełniłem błąd.

W słuchawce powitał mnie miły kobiecy głos. Zacząłem przedstawiać moją skomplikowaną sprawę… zostałem przełączony do kogoś innego. Po kilku chwilach odebrał jakaś inna babka o zmęczonym głosie. Zacząłem referować w czym rzecz. Oświadczyłem, że sobie nie życzę kolejnych listów i zastanawia mnie dlaczego przez lata w ich firmie nikt nie zauważył, że KTOŚ SOBIE ZROBIŁ JAJA podając imię Barbara i nazwisko z filmu S-F z Brucem Willisem? Z tą różnicą, że nasza jeżdżąca na gapę Basieńka swoje „nazwisko” ma przez jedno „O”.

Przez dobry kwadrans piekliłem się do słuchawki. Nawet argument, że w roku 2001 dom w którym mieszkam nie istniał nie zrobił na pani z firmy windykacyjnej żadnego wrażenia. W końcu przerwano moją tyradę i usłyszałem: Dobrze proszę pana sprawdzimy to. To niech pan powie kto mieszka pod tym adresem?

Tu niech dzieci zamkną oczy i nie czytają! Powinienem rzucić do słuchawki żeby mnie pocałowali w dupę! Niestety jako szanujący prawo obywatel grzecznie odpowiedziałem na pytania. Grzecznie się pożegnałem kontent, że sprawa jest załatwiona.

Kilka dni temu otrzymałem kolejny list w którym firma XYZ domaga się od PANI (tu moje ociekające testosteronem męskie imię oraz nazwisko) zapłaty za wiadomy mandat kolejowy!

Dzięki Bogu, że zatrzymałem poprzednie wezwanie do zapłaty wystawione na „Barbarę”. Teraz mogę coś z tym zrobić. Cholera wie… już chyba tylko na drodze sądowej.

Tylko jak tu walczyć z absurdami „świata 2.0” gdzie biedny Jarosław Kot nazywa się ponoć… Barbara Lelo?

[Głosów:0    Średnia:0/5]

17 KOMENTARZE

  1. Ciągle masz Kocie jakieś ciekawe historyje ; ). Masz szczęście do takich absurdalnych sytuacji. Btw ja się zastanawiam kto tutaj udziela się pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem ;D

  2. Polska. . . to nie kraj dla uczciwych ludzi. Kocie mam nadzieję, że sprawa rozwiąże się w przeciągu roku. Zresztą to może być „kilkunastorundowa” nierówna walka.

  3. Swoją drogą ciekawe na jakiej podstawie ci windykatorzy nagle chcą kasy od ciebie – tytuł egzekucyjny na 100% jest wystawiony na Baśkę Lelo i tylko od niej mogą dochodzić (w dużym skrócie) kasy. Taka nagła zmiana dokonana przez Pieprzniczkę w firmie windykacyjnej jest całkowicie niedopuszczalna i bezpodstawna. Totalny bezsens. Ale to nasz wspaniały kraj właśnie. . .

  4. seawolf, wlace bys nie zdziwil gdyby nagle znalazl sie tytul egzekucyjny na Kota. Z firmami windykacyjnymi tez niestety mialem przyjemnosc i jest tylko jeden sposob. Nie pisac, nie odpowiadac, nie dzownic tylko od razu do smietnika. Oczywiscie zakladajac, ze faktycznie nic nikomu nie „wisicie” ;)Najbardziej podobaja mi sie te z WIELKIMI czerwonymi literami „OSTATECZNE” itp itd. To jawne zastraszanie ludzi!

  5. No faktycznie dręczyciele i ignoranci. Szczerze mówiąc to dziwię Ci się, że przez 5 lat ignorowałeś te pisma. Nie wiem na co liczyłeś. Co jak co, ale o długach – Twoich, czy nie – na pewno żadna instytucja państwowa, bądź prywatna, nie zapomni. A już na pewno nie pomyślą sobie „Hmm. . . nikt nie odpowiada na nasze pisma. Chyba się pomyliliśmyktoś nas zrobił w konia i nikt taki tam nie mieszka. Anulujemy dług. „Nie zająłeś się tą sprawą od razu, gdy zaangażowane było tylko PKP. Teraz ze względu na ignorowanie tej sytuacji wyjaśnienie wszystkiego może być dużo bardziej uciążliwe. Mam tylko nadzieję, że uda Ci się to załatwić szybko i bez uszczerbku na kondycji psychicznej 🙂

  6. Mam takie wrażenie, że „aberracja” to ostatnimi czasy u Kotka ulubione słowo-którego-sensu-nie-może-znać-nikt. Ja osobiście, jako całkowity kmiot, znam tylko jedną aberrację – chromatyczną, ale chyba nie o to tu chodzi :)Co do Luntka, uwielbiam go – typowy stereotyp prawdziwego, szorstkiego faceta 🙂 Dodatkowo posiada unikalny dar wprowadzania mnie w wesoły nastrój 🙂

  7. Kontrolerzy pkp nie mogą legitymować pasażerów jeśli nie ma z nimi SOKistów i takie martwe dusze na mandacie to norma w tym kraju. Dlaczego? Ponieważ kontrolera się rozlicza za ilość rozdanych mandatów więc ich też to mało obchodzi tak naprawdęDruga rzecz dane osobowe. Mój wujek ma zastrzeżony numer telefonu od wielu lat i to nie przeszkadza firmom różnym do niego dzwonić i od razu po imieniu do niego. Skąd mają dane ciekawostkadiżital 😉Aberracja (łac. ab – od i errare – błądzić, także aberratio – zabłąkanie się, zbłądzenie) – odchylenie, zboczenie, np. od normalnego stanu,

  8. Mój wujek ma zastrzeżony numer telefonu od wielu lat i to nie przeszkadza firmom różnym do niego dzwonić i od razu po imieniu do niego. Skąd mają dane ciekawostka

    Do żony mojego znajomego który ma firmę też ciągle dzwonią oferując jakieś bzdety. . . firmie. Szczegół taki, że numer żony jest zarejestrowany na osobę prywatną a firmowy na firmę i wszystko u tego samego operatora. Nikt nigdzie tego pierwszego nie podawał, też ciekawostka ;D. Sprawa jakoś też niby do sądu ma trafić. . .

  9. Przeciez to juz przedawnione pewnie (wlasnie o nieaktualne tez zdaje sie upominaja sie, pewnie na zasadzie, ze ‚ofiara’ nie pomysli ze to moze byc przedawnione, skoro sie upominaja, przed sadem tez trzeba sie powolac na to, bo sam sad nie zasugeruje, ze to juz za stare . . . ). A jak przychodza listem zwyklym , to sie wyrzuca 🙂 I tak jak juz ktos pisal – w zadnym wypadku sie nie odzywac, dopoki nie ma poleconego ai sprawa watpliwa. A tak po aus to mi sie jedna osoba z jednego miejsca skojarzyla, dziwne jakie rzeczy sie jako czytelnik pamieta 😛

ZOSTAW ODPOWIEDŹ