O wielu tytułach, jakie zagoszczą na Electronic Entertainment Expo, wiemy już od dłuższego czasu. Jednak głównym elementem popularności targów są informacje, jakie dopiero wychodzą na jaw. Co jeszcze zdradzą producenci? Jakie tytuły zostaną zapowiedziane? Które z produkcji otrzymają konkretne daty premier? I czym jeszcze zaskoczą nas wydawcy?

Nie przepadam za poezją. Ba. Śmiało mogę nawet stwierdzić, iż jej po prostu nie lubię. Nie widzę w niej tego piękna, tego artyzmu, o którym w szkołach, na lekcjach polskiego tłuką nauczyciele. Są jednak dwa takie wiersze, które mogę czytać bez końca i za każdym razem wywierają na mnie tak samo duże wrażenie. Pierwszy z nich to dobrze znana „Reduta Ordona” pióra Adama Mickiewicza. Drugim natomiast jest przytoczony wyżej „Pan od Przyrody” – efekt twórczości Zbigniewa Herberta. Wbrew pozorom tytułowy nauczyciel w tym utworze nie uczył przyrody. W każdym bądź razie – nie tylko. Uczył szacunku do życia. Wprowadzał do umysłów swoich uczniów bardzo istotną wiedzę o tym, że należy jednakowo dobrze traktować wszystkie istoty wspólnie chodzące z nami po Ziemi. Pokazywał czym jest odpowiedzialność za własne czyny. I zginął. Zamordowały go „łobuzy od historii”. Te same łobuzy, które (kolokwialnie to ujmując) miały gdzieś jego lekcje o szacunku do życia.

Część z Was zapewne zastanawia się, po co pisze o tym na stronie internetowej traktującej o grach konsolowych i komputerowych. Inni zapewne już się zorientowali. Tak, tak – mam zamiar poruszyć temat jednego z pierwszych celów, jakie przed konsumentami postawił świat elektronicznej rozrywki. Zabijanie. Sianie zagłady w szeregach wroga. Zapewne nikt z Was drodzy czytelnicy nigdy nie byłby w stanie świadomie pozbawić życia człowieka. Pociągnąć za spust. Pchnąć nożem. Patrzeć jak upada. Wykrwawia się. Błaga o pomoc. Gaśnie. Stygnie. Podczas gry natomiast niemal nikt nie ma oporów przed tym, by nacisnąć trigger (ang. Spust – nazwa wyjątkowo pasuje do tekstu) na kontrolerze, bądź też odpowiedni przycisk myszy. Pociski wylatują z lufy natychmiast. Nie ma żadnego odrzutu broni. Ręce nie bolą. Brak emocji. Wirtualne naboje przebijają się przez kolejne polygony, które odpowiednio ułożone przez zespół developerski zdają się być ludzkimi ciałami. Padają. Wszystkie tak samo. Oskryptowane. Po czym znikają. „Pyk” – i nie ma. Leżące zwłoki to przecież za dużo przeliczania dla sprzętu – nie ma po co się męczyć. W końcu to tylko zbiór trójkątów umiejętnie pozbieranych do kupy przez mniej lub bardziej zdolnych grafików.

Nie ma litości

Warto się jednak zastanowić czemu tak jest, że wirtualnie zabijając równie wirtualnych ludzi nie czujemy niemal nic. Żadnych emocji. Przecież to codzienność. Trójkątny, bo trójkątny, ale jednak chleb powszedni. A przecież każdy z nas przez chwilę staje się takim „łobuzem od historii”, o którym wspomina Herbert. My, gracze, jednak możemy się zawsze wytłumaczyć. Przecież to nie człowiek. Nie czuje. Nie oddycha. Nie ma rodziny, do której mógłby wrócić gdyby tylko udało mu się przeżyć spotkanie oko w oko z żądnym nieistniejącej krwi playerem. Z której strony by na to nie spojrzeć, są to same fakty. Nikogo faktycznie nie zabijemy bawiąc się przy Call of Duty, Manhuncie, czy God of War. Właśnie. Bawiąc się. Nie krzywdzimy, ale (znów kolokwializm) rajcujemy się tym, co serwują nam twórcy tychże tytułów. Imitacja wojny. Podrzynanie gardeł kawałkiem szkła. Czy wreszcie iście kratosowskie miażdżenie głowy przeciwnika drzwiami albo wyrywanie oczu obrzydliwemu cyklopowi. Radujemy się, gdy widzimy jak wspomniany już Bóg Wojny i Dante „wymiatają”, unicestwiając kolejne hordy wrogów. I czyż nie dziwnie brzmi słowo „radość” w odniesieniu do bryzgającej krwi i fruwających kończyn? A może to po prostu my, gracze, jesteśmy dziwni czyniąc źródłem rozrywki taką masakrę?

„Wojenko, wojenko…”

Przyjacielskie przytulanki?

Jednym z najbardziej eksploatowanych tematów w grach video jest bez wątpienia największy konflikt zbrojny w historii – Druga Wojna Światowa. Podczas jego trwania miliony ludzi straciły życie. Kolejni rodzinę. A jeszcze inni – dach nad głową. W grach tego nie ma. Nie ma łez. Potu. Brakuje dylematu, z którym borykali się nawet harcerze, bohaterowie Kamieni na Szaniec, pióra A. Kamińskiego – czy wolno zabijać innych ludzi w imię wolności? W przypadku wirtualnej rozrywki mamy czarno na białym ukazane – idź, zabij, zniszcz. Nie ma tu nic z faktycznej wojny. Z trudów jej prowadzenia. Z mieszaniny uczuć, jakimi zapewne byli targani żołnierze podczas szturmów na wroga. Zamiast tego mamy zbitek polygonów częstokroć po prostu stojący w miejscu i strzelający przed siebie, w oczekiwaniu na nieuniknione – kulkę od gracza. Zastanówmy się teraz – czy ma jakikolwiek sens przedstawienie wojny w ten sposób? Bez emocji. Bez strachu. Bez bólu. I czy w ogóle miałaby sens „egranizacja” czegoś tak strasznego, jak Druga Wojna Światowa, nawet gdyby oddano w niej to, co oddać się powinno? Spójrzmy prawdzie w oczy – konflikt, który pochłonął miliony istnień ludzkich stał się komercyjną zabawką. Prawdziwą żyłą złota dla developerów. Tylko czy właśnie ci developerzy zdają sobie sprawę, że depczą historię, napisaną krwią monstrualnej ilości ludzi? I czy zdajemy sobie z tego sprawę my, gracze? Szczerze mówiąc – powątpiewam.

„Nie-taka-martwa śmierć”

Na szczęście nie jest jeszcze aż tak źle, by każdy z developerów do tematu śmierci podchodził w sposób „idź, zabij, idź dalej”. Jednym z tych, którzy starają się zaprezentować to trochę poważniej jest Hideo Kojima – niekwestionowany mistrz, jeśli chodzi o wprowadzanie do swoich gier elementu zwanego patosem. Jednych to irytuje, z innych wyciska łzy. To jednak nieważne. Ważne jest to, iż popularny Japończyk fakt zgonu pokazuje momentami (choć oczywiście nie zawsze) w sposób wyniosły, niezwykły, smutny. Nie znam osoby, która grając w kolejne części Metal Gear Solid z myślą o zabiciu kolejnego bossa pomijała fantastycznie wyreżyserowane przerywniki, w trakcie którychumierali Sniper Wolf, DeepThroat, Meryl, Emma, Fortune, czy Voyevoda.

Warto też napomknąć o Davidzie Jaffe, reżyserze już w tym tekście wspomnianego God of War. Z jednej strony ukazał on Kratosa jako bezlitosnego bydlaka, mordującego wszystko i wszystkich na swojej drodze. Z drugiej – postarał się o to, by choć trochę zagrać na emocjach ludzi, oglądających jak okrutny Spartanin zupełnie nieświadomie zabija swoją rodzinę, jednocześnie pozbawiając swoje życie sensu. Poza tym, jest jeszcze Shadow of the Colossus – wyjątkowa gra typu action/adventure. Jedna z nielicznych, których wielu nabywców czuło smutek unicestwiając wrogów.

Nie mamy nic do dodania

Czyli jednak da się utratę wirtualnego, w rzeczywistości nie istniejącego życia zobrazować tak, by wywarła ona emocje, jakie wywołuje w tym zupełnie realnym świecie. Trzeba się jednak zastanowić – czy nie jest w jakiś sposób bezczelnością jak najwierniejsze oddawanie śmierci – jednej z największej tragedii jaka może człowieka spotkać? Być może i jest, ale patrząc w ten sposób – obydwa wyjścia są złe. A ja z dwojga złego wybieram to drugie.

Persona non grata

Gdy młoda osoba popełnia samobójstwo lub morduje inną młodą osobę, media i prawnicy częstokroć starają się zrzucić winę na gry. Doskonałym tego przykładem jest działalność Jacka Thompsona, amerykańskiego adwokata rodem z Florydy. W świecie elektronicznej rozrywki, poprzez swoje krucjaty przeciw wirtualnej brutalności, zyskał on swoiste miano persona non grata i stał się jedną z najbardziej znienawidzonych osób. Podobnie jest w innych przypadkach, gdy próbuje się obwiniać gry o krzywdę, która komuś się stała. Media tak robiące są wyśmiewane, ale spróbujmy choć na moment postawić się w ich sytuacji. Reportaże o tych „złych, szatańskich i wstrętnych” grach zwykle tworzą ludzie, którzy nie mają o nich najmniejszego pojęcia. I gdy próbują się czegoś dowiedzieć, to co widzą? Wszechobecną masakrę. Wiele pozbawionych sensu tytułów, w których jedynym celem jest pozbawienie życia swojego przeciwnika. I jedyną emocją jaka temu towarzyszy jest podniecenie ogarniające gracza, gdy uda mu się w efektowny sposób anihilować kolejne tysiące polygonów. Osobiście nie twierdzę, by zganianie całego zła tego świata na gry miało sens. Ba! Uważam to za kompletny idiotyzm, ale przyglądając się wirtualnej rozrywce z perspektywy kompletnego laika można odnieść wrażenie, iż gry opierają się tylko i wyłącznie na zabijaniu.

Alternatywa

Można bez sadyzmu i okrucieństwa

Na szczęście nie każdy zespół tworzący gry skupia się tylko i wyłącznie na tym, by dać konsumentowi bezpłciowy obraz śmierci, nie mający nic wspólnego z jej faktycznym tragizmem. Są takie firmy, które podejmują się, może nie tyle dorosłego podejścia do tematu, co właśnie umiejętnego odejścia odeń. Pokazują one, iż nie trzeba rozpikselowanych flaków i pseudo-umierających postaci do tego, by stworzyć coś, przy czym można się doskonale bawić. Przykłady? Elite Beat Agents, które tydzień temu miałem okazję przybliżyć Wam w swojej recenzji. Dalej SingStar, Guitar Hero, EyeToy, Dance Dance Revolution i wszelkiej maści party games dają masę zabawy, bez konieczności oglądania nieistniejących zwłok, których „właściciel” nie umarł, ale przestał być „liczony w czasie rzeczywistym” przez procesor komputera bądź konsoli. A przecież to nie wszystko. Na PlayStation Portable jest świetne, słodkie LocoRoco traktujące o przygodach niegroźnego, sympatycznego bloba. W Japonii sukcesy święci bazująca na planszowym Monopoly seria Itadaki Street. Również wszelakie sportówki, niemal z definicji, stronią od wirtualnej śmierci. Nie zmienia to jednak faktu, że liczebna przewaga gier w dużej mierze opierających się na anihilacji różnorakich wrogów jest miażdżąca. Czemu tak jest? Ciężko stwierdzić. Zapewne dlatego, że ludzi to pociąga. Nie oszukujmy się. Większość z nas lubi odstresować się pozbawionym emocji widokiem śmierci lub nawet jej sprawianiem. Chore? W jakiś sposób tak. Prawdziwe? Stuprocentowo.

To by było na tyle

Na koniec pragnę zaznaczyć, iż niniejszy tekst nie ma na celu besztania gier i utrzymywania, że są one złe, bezpłciowe i służą szatanowi do objęcia władzy nad światem. Nie, nie, nie. Pisząc ów artykuł pragnąłem tylko skupić się na tym, jak często i jednocześnie jak beznadziejnie w elektronicznej rozrywce podejmuje się tematykę śmierci. Wyraźnie widać, iż wciąż grom daleko jest do tego, by w tej kwestii dogonić świętej pamięci Zbigniewa Herberta. To zapewne nigdy się nie stanie. Ale pozostaje pytanie – czy my, gracze, chcielibyśmy tego? Czy obeszlibyśmy się bez tej „a-emocjonalnej”, bezbarwnej prezentacji pseudo-umierających trójkątów? Na to musicie odpowiedzieć sobie sami…

[Głosów:0    Średnia:0/5]

25 KOMENTARZE

  1. Dobry tekst. Z przyjemnością przeczytałem. Tematy, o których rzadko się myśli grając. Dobrze,że tekst się pojawił. Edit do poniższego:Akurat ja ten wiersz świetnie znam więc wystarczył mi tytuł bym wiedział do czego artykuł się odnosi.

  2. Z gory chcialem przeprosic za nieporozumienie, ktore z mojej winy wyniklo. Nad tekstem powinien znajdowac sie jeszcze wiersz Zbigniewa Herberta pod tytulem „Pan od Przyrody”, ale zawalilem sprawe i nie mogl sie on tam pojawic. Wybaczcie spowodowanie zamieszania.

  3. Wiersz wierszem~, ale tekst jest bardzo ciekawy i zmusza do zastanowienia się nad dzisiejszymi grami i często bezsensownym w nich okrócieństwem (choć nie tylko!)- wykonałeś kawał solidnej roboty i oby tak dalej. Czekam(y) na kolejne twoje teksty!

  4. A ja pozwole sobe sie niezgodzic. Grajac w Paintball’a nim zdecydowal bys sie pociagnac za spust tez bys sie zastanwial nad istota smierci i tym ze jest traktowana z lekka, wydaje mi sie ze analogia nie dokonca chybiona, a jesli chodzi o mnie to gry na pewno nie zaciemniaja mi obrazu rzeczywistosci czyli zagadnienia smierci tez.

    • Dzieki za wszystkie pochwaly – bardzo przyjemnie sie je czyta, obiecuje wiec, ze postaram sie sprostac Waszym dalszym oczekiwaniom 🙂

      A ja pozwole sobe sie niezgodzic. Grajac w Paintball’a nim zdecydowal bys sie pociagnac za spust tez bys sie zastanwial nad istota smierci i tym ze jest traktowana z lekka, wydaje mi sie ze analogia nie dokonca chybiona, a jesli chodzi o mnie to gry na pewno nie zaciemniaja mi obrazu rzeczywistosci czyli zagadnienia smierci tez.

      Wlasnie o to chodzi – niezastanawialbym sie. Gry i wspomniany przez Ciebie Paintball to wlasnie przyklad tego, jak mozna zrobic ze smierci zabawe. W grach nikt nie umiera, w Paintballu rowniez. Ale jednoczesnie nasza wyobrazniaw w jakis sposob widzi trupy, a emocji nie ma. Oczywiscie nikomu nie zabraniam ani grac w gry, ani w Paintballa. O obydwu tych rzeczach uwazam, iz moga byc swietna rozyrwka. Chodzi tylko o taka chwile refleksji nad marginazlizacja smierci. . .

      • Dzieki za wszystkie pochwaly – bardzo przyjemnie sie je czyta, obiecuje wiec, ze postaram sie sprostac Waszym dalszym oczekiwaniom :)Wlasnie o to chodzi – niezastanawialbym sie. Gry i wspomniany przez Ciebie Paintball to wlasnie przyklad tego, jak mozna zrobic ze smierci zabawe. W grach nikt nie umiera, w Paintballu rowniez. Ale jednoczesnie nasza wyobrazniaw w jakis sposob widzi trupy, a emocji nie ma. Oczywiscie nikomu nie zabraniam ani grac w gry, ani w Paintballa. O obydwu tych rzeczach uwazam, iz moga byc swietna rozyrwka. Chodzi tylko o taka chwile refleksji nad marginazlizacja smierci. . .

        Mam wrazenie, ze sie ja marginalizuje juz od najmlodszych lat, kiedy dostaje sie od taty pierwszy plastikowy pistolet i wychodzi na dwor pobawic w wojne, tak widac jetesmy skonstruowani, ja bym tych dwoch zagadnien nie mieszal mam tu na mysli smierc w garch z ta rzeczywista. Z innej beczki wesmy gry planszowe, w ktorych rowniez zadawales „smierc”, te pozostawialy wieksze pole do popisu wyobrazni, ale poza tym roznicy wielkiej nie zauwazam, to „zabijanie” rowniez sprawialo mi duzo radosci, lecz do glebszej refleksji nie zmuszalo bo nie taka byla rola tych gier.

  5. siergiej —> świetny tekst, bardzo przyjemnie napisany i naprawdę ciekawy. Oby więcej tego typu artów na V :)Faktycznie gry sprowadziły śmierć do roli zabawy. Jest to w jakimś stopniu złe, bo faktycznie może doprowadzić do pewnej znieczulicy, szczególnie jeśli gra osoba o nieukształtowanej jeszcze psychice (rozróżnienie dobra od zła, wrażliwość emocjonalna, empatia etc. ) Z drugiej strony oczywiście zrzucanie całej winy za zło tego świata na gry jest co najmniej głupie (vide krucjaty Thompsona). Jeszcze raz gratuluję tekstu, kawał dobrej publicystyki!

  6. Po prostu lubimy takie gierki, gdzie nie musimy się nad tym tak zastanawiać. Gry te nigdy nie są bliskie (nawet graficznie) temu co czujemy w rzeczywistym świecie. Jak ktoś mnie zabije w ET to wiem, że w ciągu mniej niż 30 sekund zrespawnuję się. Jest może to i trochę dziwne, ale no cóż, wiele filmów pokazuje bohatera, który zabija „tych złych”.

  7. Bardzo mi sie podobał ten artykuł. Pokazuje prawde jaka nas otacza. Zastanawiam sie tylko co sie stanie za kilka kilkanascie lat kiedy gry stana sie naprawde realne. Czy człowiek sie zatraci granice swiadomosci pomiedzy tym co prawdziwe a fikcyjne. A gry sie przyczynią do straszliwej dehumanizacji ludzkosci czy w pore sie opamieta lub bedzie na tyle sliny zeby sie temu przciwstawic. . . Ale mnie juz pewnie na tym świecie nie bedzie.

  8. Wiesz siergiej, w zasadzie to sam nie wiem jak się ustosunkować do tego tekstu. Merytorycznie oczywiście super, ale ameryki tu nikt nie odkrył. Z tego co wyczytałem na forum, od czasu kiedy tu jestem, mam wrażenie, że rozmawiają tu raczej gracze ceniący bardziej rozgrywkę pod tytułem MGS, niż Serious Sam i każdy ( a przynajmniej duża większość ) dokładnie widzi różnicę pomiędzy wirtualną anihilacją a śmiercią na realu. Powiem szczerze, że sam dawno się nad tym nie zastanawiałem, bo jakby nie ma to dla mnie sensu, i to nie w rozumieniu jakiejś tam znieczulicy, czy czegoś podobnego, po prostu świat gier jaki by nie był, brutalny czy uwznioślony pozostaje światem gier i tyle. To coś tak odmiennego, iż w zasadzie nie można go porównywać do jakichkolwiek zdarzeń w realu. To jak stawianie przygód Bolka i Lolka obok Niesamowitych Braci Grimm, takich rzeczy nie da się porównać i to nie ze względu na treść, nie istnieje jakby jakakolwiek płaszczyzna porównawcza. To dwie zupełnie odmienne rzeczy i nieważne, że jedna stara się odwzorowywać drugą. Oczywiście nie przeszkadza mi to zatopić się praktycznie całkowicie w świat Kratosa, Conana, Dantego czy innego rębajły i przeprowadzać tym samym masowe dekapitacje, ciesząc się jak dziecko latającymi dookoła kończynami oraz innymi niezidentyfikowanymi fragmentami ludzkiej anatomii. Jestem wtedy Conanem i robię to co Conanowi zostało przeznaczone, nie martwiąc się i nawet przez chwilę nie myśląc jakbym się czuł robiąc to na realu. Co więcej, jeżeli zacząłbym rozumować w ten sposób, to szczerze mówiąc podarował bym sobie tego typu zabawę.

  9. Jak to mawiaja: patrzac sie obietywnie na historie mozna swierdzic, ze ludzie zostali stworzeni do ciaglych wojen i zabijania. Dzisjejsze prawo zabrania „nam” zwyklym ludzia zabjac (oczwiscie wszystkich do jednego worka nie wkladam bo tak to by nas jzu nie bylo, nie kazdy moglby naprawde zabic) daltego gry sa takie popularne poniewaz mozemy powrocic do naszego instynktu w bezkonsekwenty sposob , nie dostrzegamy tego jak wielu innych zeczy tak juz jest. Oczywiscie kazdy widzi roznice miedzy gra a zycie, to proste ale dzisjaj mowimy, ze zabijanie jest bee i nigdy bym tego nie zrobil naprawde a jutro dostaniemy bron, przyzwolenie na jej urzycie i oczywiscie jakis ide i juz bedziemy strzelac w kazdego co nie ma takiej samej czapki jak my – no bo chyba racjonalnie myslac jezeli miliony ludzi tak miluje pokoj i wogle to dlaczego nie przeciwstawi sie garsce szalencow i zapobiegna masowym morda?Moja robocza teoria jest taka – gry i nie tylko one maja nas nowe pokolenie(nie mowie tu o pokoleniu „slamsow” ktore gdy ukradna/dostana bron urzywaja jej czesciej niz my w grach – im tego nie trzeba) przyzwyczajac do okrucienstwa, zabijania, uczyc taktyki i mozliwych zachowan na polu walki – mozliwe, ze jest to celowy zabieg lub wrodzony ludzki „uklad”. Tak ja to widze, wiec radujmy sie poniewaz nadchodzi nieuniknione. . .

    • nie mowie tu o pokoleniu „slamsow” ktore gdy ukradna/dostana bron urzywaja jej czesciej niz my w grach – im tego nie trzeba[/note]

      Chmura – mozesz godzic w godnosc niektorych ludzi, bo przejawia sie tu kierowanie pogladow w oparciu o stereotypy. Slamsy to nie ludzie, ktorzy zabijaja, to sa biedne dzielnice, gdzie owszem czesciej niz w „normalnych dzielniach” zdarzaja sie morderstwa za „darmo” ale to „slamsowe” pochodzenie nie oznacza, ze na kogos zostal podpisany wyrok – morderca! Nie to nie o to chodzi, ludzie ktorzy postrzegaja smierc jako normalna kolej rzeczy w dzisiejszym wyscigu szczurow zdarzaja sie wszedzie, takze nie godzmy w czyjas godnosc tylko przez wzglad na pochodzenie. Wiem, ze chodzilo Ci o „patologie”, ktora niewatpliwe rodzi sie w slamsach ale zawsze wylęga się tam na gorze, u tych nieodpowiedzialnych rzadzacych. Ale nie o tym mowa. Siergiej gratuluje – jak napisal jolo – kawal dobrej publicystyki. Jesli juz mowimy o zjawisku (powiedzialem zjawisku? chcialem powiedziec standradzie, a przynajmniej zjawisku na masowa skale) to wedlug mnie, potoczny brak „mrugniecia okiem” przy pociaganiau za wirtualny spust lezy gdzie indziej. Smierc sama w sobie owszem nastraja na myslenie, ale pod warunkiem, ze ukazuje, laczy w swej istocie bol, cierpienie, jednym slowem emocje, ktore towarzysza temu zjawisku w prawdziwym swiecie. W grach, wirtualna utrata zycia ukazywana jest proceduralnie – idz, pociagnij za spust i odbierz zycie, w zasadzie to nawet nie zycie tylko idz i ustrzel sobie punkt do rekordu. Czasem jak to siergiej wspomnial autorzy gier, wychodza z siebie by ukazac prawdziwa istote smierci, starajac sie ukazac emocje i towarzyszacy jej bol. Niestety, nie jest to jeszcze to czego mozemy doznac (a czego nie zycze nikomu) w realnym swiecie. Tu gdzie utracie zycia towarzyszy niewdzialna ale odczuwalna nostalgia, bol i cierpienie osoby wyziewajacej ducha i jej rodziny, cos w gruncie rzeczy normalnego, ale dajacego odczucia prawdziwosci, co sprawia, ze laczymy sie z kims zupelnie nam obcym w cierpieniu. Jak w tragedii 11 wrzesnia 2001 roku. Kto z nas nie patrzyl na to moze nie ze lezka, ale ze smutkiem, wspolczuciem laczac sie z rodzinami ofiar, nie wiadomo po co? Moze by jakos ulzec im w cierpieniu. Smierc, nawet ta naturalna wywoluje to jakies „dziwne” uczucie, jak w przypadku Jana Pawla II. Dopoki wirtualna zabawa nie bedzie zacierac granicy miedzy gra z zyciem, prawdopodobnie dopoty smierc w grze nie bedzie wywolywac takich emocji jak to ma miejsce w realnym swiecie. . . Sory za rozprawke:)

      • Mordując w grze mamy świadomość tych właśnie kilku(set) trójkątów, wiemy, że śmierć na ekranie monitora czy telewizora nie ma absolutnie żadnego znaczenia dla nikogo oprócz nas samych. Tak jak napisane powyżej, trójkąty nie mają rodziny, pracy, zainteresowań ani wartości. Właśnie nasunął mi sie pomysł, że myśląc o śmierci w grach w kategoriach „poważnych” jest trochę jak zastanawianie się czy słusznie lejemy worek treningowy na siłowni (bo z zasady ma imitować człowieka). Ważne jest dla mnie to, czy po odejściu od komputera człowiek potrafi zatrzymać się nad prawdziwą ludzką tragedią i poczuć współczucie. Jeśli nie – to ktoś taki powinien zacząć myśleć o leczeniu. A jeśli tak to wszystko wporządku, a rozrywka komputerowa jest dalej tylko rozrywką, a nie sposobem na nasycenie swoich chorych marzeń. Ja na przykład potrafie kilka godzin z rzędu rąbać imitacje ludzi pierwszym lepszym żelastwem na ekranie komputera, wyobrażając sobie że to znienawdzony sąsiad, wkurzający znajomy czy ktoś jeszcze inny, ale po odejściu od komputera traktuję ich tak, jak człowieka traktować przystało. IMO gry w których hurtem eksterminuje się animacje ludzi są świetnym ujściem dla negatywnych emocji – furtką przez którą upuszczamy nasz gniew razem z hektolitrami cyfrowej krwi. Nie wiem czy dobrze zrozumiałem sens tej dyskusji, ale mam nadzieję że komentarz okaże się wartościowy.

        . . . ludzie ktorzy postrzegaja smierc jako normalna kolej rzeczy w dzisiejszym wyscigu szczurow zdarzaja sie wszedzie, takze nie godzmy w czyjas godnosc tylko przez wzglad na pochodzenie.

        I tak na marginesie: ja traktuję śmierć jako całkiem normalny koniec życia, czyli kolej rzeczy. To chyba jednak nie czyni ze mnie zwyrodnialca?

  10. Myślę, że śmierć w grach komputerowych jest dlatego tak problematyczna, bo jednak jest bardziej interaktywna niż np. w grach planszowych – w końcu to gracz pociąga za spust i zabija tego przeciwnika, druga rzecz że nasze ofiary coraz bardziej (wizualnie i pod względem zachowań) przypominają ludzi. To nie jest już pionek w „chińczyku” który został właśnie zbity (czyli ginie), ale na ekranie pada często jakiś „człowiek”, z którego wylewa się krew, który krzyczy przed śmiercią, czy konwulsyjnie drga. Generalnie śmierć jest coraz bardziej realna, przypominająca tą prawdziwą (choć równocześnie jest wyprana z wszelkich emocji, które towarzyszą prawdziwej śmierci – co zresztą zauważa w tekście Siergiej)Dlatego wydaje mi się to podobieństwo właśnie budzi tak wiele emocji wśród psychologów i wszystkich protestujących.

  11. tak to sobie przeczytalem i co poniektorzy mogli by opatrznie na podstawie tekstu wysnuc opinie na temat moje psychiki, zapewnia, ze jest w dosc dobrym stanie chodz wariaci nigdy nie wiedza ze sa stuknieci ;] a co do tekstu to takie szybkie i luzne moje przemyslenia po za poczatkowym tekstem ktory jest dzielem luznych histerykow

  12. w kontekście tego co napisał Chmura – historia uczy nas, że dzieje człowieka były od samego początku nierozerwanie związane z walką/wojną. Poczynając od walki o pożywienie/kobiety w czasach prehistorycznych, poprzez rozliczne konflikty wywoływane przez ludzi celowo dla zysków, zdobyczy terytorialnych, wpływów itp. Właściwie nie ma w historii ludzkości okresu w którym nie toczyły by się jakieś mniejsze bądź większe konflikty. Okazuje się, że przez te kilka milionów lat człowiek nie wypracował lepszej formy rozstrzygania swoich sporów niż walka, a co za tym idzie celowe doprowadzanie do śmierci innych ludzi. I właściwie od samego początku choć ludzie powołali do prowadzenia wojen armie wojna dotykała zwykłych ludzi. I to nie w sposób przypadkowy lecz celowy. Dla przyjemności, potwierdzenia swojej dominacji, z poczucia bezkarności czy siania terroru i zastraszania przeciwnika ludzie pozwalali sobie w czasie wojen na mordy ludności cywilnej, gwałty, rabunki etc. Ba! Przez większość czasu było to traktowane jako zwyczajne okoliczności towarzyszące wojnie. Humanitarne podejście do ludności cywilnej (a przynajmniej takie społeczne oczekiwanie, bo wiemy jak to wygląda w realiach), publiczne potępienie tego typu zachowań to wynalazek ostatnich 200 lat. Wcześniej nikt na to specjalnie nie zwracał uwagi! Ludzie po prostu akceptowali śmierć, która towarzyszyła wojnie. Paradoksalnie to właśnie ostatnie 100 lat to największe zbrodnie na ludności cywilnej i zupełnie zezwierzęcenie ludzi w czasie wojen (II wojna światowa, holocaust, ludobójstwa etc. ) Wiem, że jest to uproszczeniem, ale jednak – coś w nas takiego jest, że jesteśmy skłonni do zabijania. Może nie wszyscy, ale jednak sporo z nas (patrząc na historię). A na koniec mój ulubiony cytat który IMO niesamowicie trafnie definiuje pojęcie historii (a zarazem w jakimś stopniu ocenia nasze skłonności do zabijania). Słowa niezwykle mądrego człowieka, który widział nie jeden konflikt i nie jedną ludzką tragedię – Ryszarda Kapuścińskiego „Historia jest często produktem bezmyślności. Jest bękartem ludzkiej głupoty, płodem zaćmienia, idiotyzmu i szaleństwa”

  13. Moja robocza teoria jest taka – gry i nie tylko one maja nas nowe pokolenie(nie mowie tu o pokoleniu „slamsow” ktore gdy ukradna/dostana bron urzywaja jej czesciej niz my w grach – im tego nie trzeba) przyzwyczajac do okrucienstwa, zabijania, uczyc taktyki i mozliwych zachowan na polu walki – mozliwe, ze jest to celowy zabieg lub wrodzony ludzki „uklad”. Tak ja to widze, wiec radujmy sie poniewaz nadchodzi nieuniknione. . . Post edytowany 2007-05-29 o godzinie 00:29:38

    Tu bym nie przesadzal – gry do okrucienstwa Cie nie przyzwyczaja. Ja np. bez mrugniecia okiem, ba, nawet z duza doza radosci przechodzilem God of War i Devil May Cry. Widzialem mnostwo przelanej wirtualnej krwi. A niedawno, jak bylem w tym co pozostalo po obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau, to chociaz wiezniow nie ma tam juz od ponad 60-ciu lat, to miejsce to i tak robi kolosalne wrazenie. A taktyka i zachowanie na polu walki? Tez nie sadze gry wojenne, nawet te dzisiejsze, zabardzo odbiegaja od rzeczywistosci by mozna bylo tak twierdzic

    Wiem, że jest to uproszczeniem, ale jednak – coś w nas takiego jest, że jesteśmy skłonni do zabijania. Może nie wszyscy, ale jednak sporo z nas (patrząc na historię).

    Trzeba jednak zauwazyc, iz czesto nasza sklonnosc do zabijania ohjawiala sie nie z powodu tego, ze ktos krzyknal „hej ho! Chodzmy zabijac!” tylko dla tego, ze ludzie byli do tego po prostu zmuszeni. Niestety, wladzy, zwlaszcza tej zadnej cudzej krwi i zasobow, ciezko sie jest oprzec. . . P. S Przez Was spoznie sie na autobus 😛

  14. tak samo jak grający w gry są krwiożerczymi bestiami mają ci co grają w papierowe RPG – to powołani sataniści. Opinia publiczna musi zrzucić winę na gry (czy na cokolwiek innego) ponieważ tak jest łatwiej. Łatwiej powiedzieć jest dziecku – nie płacz to dostaniesz cukierka. Gry to „wygrzew” – sam usiałem tysiące elektronicznych wrogów. Moja psyche jest raczej w porządku – mam żonę, pracę itd. Muszę przyznać jednak, że wczoraj po bardzo stresowym dniu pyknąłem parę chwil przy Gears of War i poczułem sie jak nowo narodzony – coś w tym jest. Tak jak napisał Chmura – jesteśmy wpisani w przemoc i zabijanie patrząc na naszą historię liczącą kilka tysięcy lat.

  15. I tak na marginesie: ja traktuję śmierć jako całkiem normalny koniec życia, czyli kolej rzeczy. To chyba jednak nie czyni ze mnie zwyrodnialca?

    Towarzysz Dżugaszwili, szerzej znany jako Stalin, powiedzial kiedys takie dwa, bardzo znane do dzis zdania – „Śmierć jednego człowieka to tragedia. Śmierć milionów ludzi to statystyka. ” I mial troche racji, choc do konca sie z nim nie zgodze, ale nie jestem tu przeciez po to, by polemizowac z teoriami Stalina. Mungers – oczywiscie, nie czyni to z Ciebie zwyrodnialca, ale jestem absolutnie pewien, ze gdy umiera ktos Tobie bliski to czujesz smutek i nie jest to dla Ciebie tak do konca naturalne.

  16. Owszem, nie jest to sprawa nad którą się przechodzi do porządku dziennego, ale dobrze jest zdawać sobie sprawę z tego co kiedyś czeka każdego z nas. Już wiecej nie pisze bo robi się z tego dysputa filozoficzno-teologiczna 😉

  17. Mungers – zle mnie zrozumiales, a moze i ja nie bylem precyzyjny. Chodzilo mi o smierc w wyscigu szczurow. Tam gdzie ludzie potrafia zabic dla stanowiska, lub dlatego „ze on ma” lub „bo muzyka grala za glosno”. Nie smierc jako w sensie nastepstwa starosci, ale naturalnosc jaką widza w zabijaniu ludzi dla zysku. Sory za niedopatrzenie:)

  18. Nie zanosi się na zmiany odnośnie tego tematu. Nie wiem czy to dobrze czy źle, ale i tak granie nie jest najważniejszą częścią życia tylko wysiłek fizyczny, który przyczynia się do rozwijania własnego umysłu i ciała- przez to będziesz lepszy niż bohater gier komputerowych i to w realu:)

  19. ja też nie lubię poezji jako całości 🙂 i też mam swoje ulubione wiersze, tyle że Baudelaire’a i Poego 🙂 jedna uwaga formalna do artykułu – w Brothers in Arms autorzy starają się trochę przedstawić dramat II WŚ, w kontekście braterstwa broni tylko, ale jednak. Co do tematu – dla mnie nie ma tematu. Człowiek (czyli mężczyzna) jest psychicznie uwarunkowany do agresji. Atawistyczna podświadomość każe nam rywalizować i walczyć (bo samice lubią zwycięzców). I gry na tym bazują, czemu nie należy się dziwić, zwłaszcza jeżeli zna się. . . poezję, która już od czasów Homera przepięknie opiewała zabijanie właśnie. Ja uwielbiam zabijać w grach, im więcej, tym lepiej – Serious Sam to jedna z moich ulubionych pozycji, daleko przed MGS 🙂 Dlaczego? Bo moje zwierzęce instynkty są zadowolone, a sumienie nie protestuje – czyli paradoksalnie zmniejszam napięcie psychiczne. Gdyby przeprowadzić jakieś poważne badania, to równie dobrze można by się dowiedzieć, że taki Manhunt ma oddziaływanie terapeutyczne i łagodzące nawet. Melfice—> mógłbyś tak rozwinąć myśl o wysiłku fizycznym przyczyniającym się do rozwijania umysłu i ciała? Ja też czytałem Michaela Edena, ale nie przesadzajmy, machanie łopatą jeszcze z nikogo geniusza nie zrobiło 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here