Chcesz zamieścić reklamę? Kliknij tutaj!

Wychyliłem się zza ciężarówki. Oceniłem odległość. Dam radę. Wskoczyłem na lewy pas. Bez migaczy, ale z przydepniętym gazem. Mechaniczne kuce zaczęły pędzić, ale jak na złość to samo postanowiły zrobić rumaki w silniku kolosa z przyczepą. Mniej więcej w połowie manewru zdałem sobie sprawę, że jednak tym razem wyprzedzić nie zdążę. Szybki rzut oka w lusterko. Jadące za mną auto podjechało pod sam zderzak, ważącej kilkanaście ton zawalidrogi. Pędząca z naprzeciwka śmierć, szczerząc zęby, wyciągała w moim kierunku szpony. Moje serce na chwilę przestało bić.
Przeżyliście kiedyś wypadek? Słyszeliście jęk gnącego się, „dartego” metalu? Czuliście smród ładunków pirotechnicznych, które wypchnęły poduszki powietrzne z ich skrytek? Ja nie. Opisana powyżej przygoda pomimo tego, że miała miejsce zakończyła się szczęśliwie. Kierowca jadący za mną był na tyle przytomny, że przyhamował i zwolnił miejsca na które wróciłem. Od tamtej pory jeżdżę wolniej? Niespecjalnie. Nadal prędkościomierz z reguły pokazuje liczbę wyższą niż ta, którą widzę na znakach z czerwoną obwódką. Nie pędzę jednak za szybko i nie wykonuje ryzykownych manewrów. Potrzeba prędkości nie jest równoznaczna z utratą głowy. Swojej ułańskiej fantazji daje upust w grach. W grach takich jak Burnout Paradise.
Na pewno wiecie co jest największą nowością w kolejnej odsłonie prawdopodobnie najszybszych wyścigów świata wirtualnej rozrywki. To tytułowe Paradise City, o którym śpiewają panowie z zespołu Guns N’Roses. W grze studia Criterion tym razem nie przeskakujemy od wyścigu do wyścigu. Zamiast tego jeździmy po tytułowej metropolii i sami wybieramy kolejne „eventy”.
Trzeba przyznać, że miasto jest po prostu świetne. Zresztą nie tylko ono, bo pojechać możemy nawet na wzgórza, które widzimy na horyzoncie. Nasze wirtualne podróże pozwolą nam poznać centrum Paradise z drapiącymi chmury budowlami ze stali i szkła czy dzielnicę portową i rejony wokół plaży. Zajrzymy na stadion futbolowy, którego murawę zryjemy oponami. Pokręcimy ósemki na torze wyścigowym. Rozpędzimy nasz pojazd na lotnisku polowym. W końcu sprawdzimy czy mechaniczne bestie przeżyją skoki w kamieniołomie czy z brzegu olbrzymiej tamy, których nie powstydziłby się fan BASE Jumpingu. Rozmiar mapy, przywiązanie do detali, wykonanie miasta i okolic robi wrażenie. I to duże. Z początku wręcz onieśmiela. Chylę czoła przed ekipą Criterion. Ten element ich produkcji wyszedł wyśmienicie…ale nie jest pozbawiony wad.
Mapa metropolii jest dość skomplikowana. Zanim nauczycie się jej na pamięć minie naprawdę sporo czasu. Pewnie, możecie, a wręcz powinniście korzystać ze skrótów, których jest zatrzęsienie. Wszystkie warto poznać, gdyż ich przecieranie ułatwia wygrywanie wyścigów i pozwala zdobywać Gamerpointy. Zanim jednak zapamiętacie, który gdzie prowadzi, zanim przejedziecie po pięć czy dziesięć razy przez świetnie zaprojektowane i rozmieszczone hopy, rampy i inne cuda, będziecie kląć. Wiele razy kląć.
Burnout nadal jest bardzo szybki i nie ma w nim czasu na spoglądanie na mapę. Łatwo więc, szczególnie na początku zabawy źle skręcić, wybrać niewłaściwy skrót i w ostatniej chwili przekreślić swoje szanse na wygraną. No dobra, spójrzmy na nieszczęsną mapę. To jest jeszcze gorszy pomysł. W tej produkcji w ciągu ułamka sekundy z naprzeciwka może na was wypaść inny samochód albo przeciwnik, który rozgniecie was na ścianie. Czasami prawie mi nerwy puszczały kiedy na pół mili przed metą z miejsca pierwszego spadałem na ostatnie. Na dodatek zgodnie z zapowiedzią w BP nie ma opcji restart. Zdarza się więc, że trzeba przejechać pół mapy, żeby na nowo spróbować swych sił w danym wyścigu. Mnie to nie przeszkadzało. Dzięki temu zabiegowi wyrzucono z gry wszystkie przerwy potrzebne na wczytywanie danych (nie licząc półsekundowej po wyjechaniu z „garażu”). Inni już teraz zanotują jednak jedną lub dwie kreski po stronie minusów recenzowanego tytułu.
Skoro już jesteśmy przy wypadkach, to z ręką na sercu trzeba przyznać, że te po prostu powodują opadnięcie szczęki. Przedstawiciele Criteriona nie przesadzali kiedy mówili, że „stref zgniotu” w naszych wyścigówkach będzie o wiele więcej niż w poprzedniej części gry. Kiedy pierwszy raz zobaczycie jak maska waszego auta składa się niczym harmonijka. Kiedy ujrzycie fruwające naokoło urywane koła i fragmenty karoserii albo szybę, która w zwolnionym tempie pokrywa się siatką pęknięć, wydaje z siebie paskudny chrzęst i nagle wystrzeliwuje do przodu w postaci setek szklanych odłamków powiecie WOW! (albo ‘ja %#^*!’ jeśli lubicie przeklinać). Wypadki to kolejny ulepszony element tej produkcji, który teraz wygląda fenomenalnie. I tu jednak można się czegoś przyczepić. Czasami, kiedy mocno nakręcicie się adrenaliną, będziecie chcieli przerwać scenę ukazującą kraksę. Tego niestety nie da się zrobić. Nie można w sekundę wrócić na trasę i zapolować na gnojka, który właśnie nas skasował. Jesteśmy skazani na przeczekanie animacji, której akurat w tej chwili nie chcemy oglądać. Czy zaimplementowanie opcji „skip” było takie trudne?
Niezrozumiałe jest dla mnie także wprowadzenie do gry dwóch nowych trybów. Choć autorzy BP obiecywali, że miłośnicy Crash Mode będą mogli pobawić się nim dzięki wielu rozsianym po mapie „Czarnym Punktom” ten w końcowym produkcie się nie pojawił. Zamiast niego mamy słabowity Showtime, w którym odbijając się od asfaltu niczym kauczukowa piłeczka polujemy na samochody. W zasadzie to nie na samochody a na autobusy zwiększające mnożnik końcowego wyniku. Z początku nowość wydaje się interesująca, ale szybko staje się nudna. Robienie tego samego pięćdziesiąt razy już nie bawi. Podobnie jest z towarzyszem Showtime, polegającym na przejechaniu wybranej ulicy, w wyznaczonym przez autorów czasie. Kiedy na jednej trasie uda nam się wygrać obie te „konkurencje” stajemy się jej właścicielami. Mnie jednak po piątym czy dziesiątym zwycięstwie odechciało się bawić tymi trybami. Czemu Criterion zastąpił Crash Mode jeszcze gorszymi rozwiązaniami? Czemu wyrzucono z gry Aftertouch Takedown? Tą zagadką powinien się zająć agent Wołoszański. Dla mnie to absolutnie niezrozumiała i przyznam szczerze po prostu głupia decyzja. Może komuś będzie się chciało przerabiać te wyzwania. Ja tym kimś nie jestem.
Na całe szczęście pozostałe rodzaje zabawy są już tym, do czego Burnout nas przyzwyczaił. To ostra jazda bez trzymanki, którą przerywa niesamowita liczba kraks i fruwające w powietrzu szczątki aut przeciwników, których właśnie unieszkodliwiliśmy. Zarówno Marked Man, znany już Road Rage czy klasyczny wyścig od punktu do punktu pozwalają znowu poczuć ducha gry. Ducha którego znamy i uwielbiamy. Gonitwy na złamanie karku, śmigające po bokach otoczenie, wciskanie się w lukę między ścianą a zaparkowanym pojazdem, szalone skoki z ramp, to wszystko stoi na naprawdę wysokim poziomie. Jest więc w tym tytule coś, co pozwoli fanom serii zapomnieć o opisanych powyżej wpadkach. Jedynie tryb stunt jakoś mniej przypadł mi do gustu. Być może było tak z powodu kiepskich wyników, które w nim osiągałem. Dziwiło mnie tylko to, że wszystkie wyścigi kończą się w jednym z bodaj ośmiu wyznaczonych przez autorów miejsc na mapie. Czyżby i oni mieli problemy z orientacją w terenie? Trochę dziwi ta decyzja, ale nie jest to coś, co zniechęci was do zabawy.
To właśnie ze złomowiska będziemy wyciągać nasze samochody. Przez większą część gry przemieszczać będziemy się wrakami na kółkach. Nie martwcie się jednak. Wygląd nie wpływa na ich możliwości. Możemy je zresztą naprawić, ale po co, skoro zaraz je zdemolujemy. Mechaniczne bestie podzielono na kilka kategorii, których wybór ułatwi wygrywanie różnych konkurencji. Auta typu Speed nadają się do wyścigów, pojazd klasy Aggression przyda się w Road Rage’ach a Stunt kiedy zechcemy trochę poskakać i pofruwać. Cieszy powrót samochodów, które znamy z poprzednich odsłon serii. Na pewno wielu z was zechce usiąść za kółkiem terenówki, vana czy gangsterskiego krążownika szos a nie tylko sportowych cacek. Niezależnie od upodobań Burnout Paradise powinien sprawić, że uśmiech zagości na naszych twarzach. Niestety i tu autorzy zdecydowali się na zupełnie niezrozumiałe dla mnie posunięcie. Aut jest zaledwie trochę ponad trzydzieści. Ok w sumie jest ich 75, ale każde ma wersję podstawową i ulepszoną, która delikatnie różni się osiągami i tym jak jest pomalowana. W czasach kiedy w wyścigach pojawia się nawet trzysta aut to, co oferuje nam Criterion raczej nie zostanie wymienione jako jedna z zalet gry na jej okładce. Ktoś się nie postarał albo liczy na łatwy zysk z dodatków sprzedawanych na usługach sieciowych. Oj nieładnie. Warto również wspomnieć, że w żadnym samochodzie nie ma kierowcy. Są to więc bardziej zdalnie sterowane samochodziki a nie pojazdy, które ktoś prowadzi. To detal, ale odrobinę razi pomimo tego, że można się domyślać z jakiego powodu usunięto samobójców z bestii na kołach.
Na temat oprawy graficznej nie ma się co rozpisywać. Screenshoty dobrze oddają to, co zobaczycie po uruchomieniu gry w domach. W zasadzie w tym temacie nie można się do niczego przyczepić. Modele aut przed i po kilku wypadkach wyglądają bardzo ładnie. Całe miasto i okolica, jak już wspominałem, to pokaz możliwości naszych wspaniałych konsol. Potwierdza to „zasięg wzroku”, który ograniczają w zasadzie tylko i wyłącznie przeszkody terenowe. Również na temat framerate’u nie można powiedzieć złego słowa. Niezależnie od tego, co działo się na ekranie produkcja studia Criterion wciąż powalała płynnością. Tutaj jest więc bardzo dobrze.
Gorzej jest niestety z oprawą audio. Niektórych może drażnić DJ Atomika. Ja akurat pamiętam go z czasów SSXa i zupełnie mi on nie przeszkadza. Wiem, że są jednak i tacy, którzy go nie trawią. Na całe szczęście można go wyłączyć. Słabo wypada muzyka. O ile w przypadku samochodów recycling to nic złego, to przy oprawie audio wypada on już o wiele gorzej. Autorzy gry pokusili się o umieszczenie w niej wielu utworów z najstarszych odsłon serii. Te niestety na pewno mocno się osłuchały fanom Burnouta. Tym, którzy po raz pierwszy spotkali się z tymi wyścigami też mogą się one nie spodobać. Szczególnie kiedy zauważą, że oprócz nich na ścieżce dźwiękowej pojawia się wiele dobrej, licencjonowanej muzyki. Tytułowy kawałek Gunsów starszym przypomni czasy podstawówki, innym (mnie na przykład) oprócz niego w ucho wpadnie chociażby LCD Soundsystem. Za nic w świecie nie mogę zrozumieć jednak dlaczego Electronic Arts nadużywa tylu kawałków, które znamy z innych tytułów. Osobę, która umieściła w BP "Rockstar” (Jason Nevins Mix) i kilka innych kawałków, których słuchają tylko nastoletni wielbiciele gry z USA, powinno się związać i zmusić do wysłuchania wszystkich wydanych w naszym kraju płyt Disco Polo. Tragedia. Ile można?!
Podsumowując recenzowana gra nie jest złą produkcją. Z niezrozumiałych dla mnie powodów wyrzucono z niej jednak kilka lubianych patentów, które zastąpiono nieciekawymi pomysłami. Pojawia się w niej również kilka drobnych, irytujących wpadek. Na dodatek tytuł ten jest bardzo krótki. Zdobycie najlepszego prawa jazdy zajęło mi zaledwie trzy dni niezbyt intensywnego grania. Tylko osoby, których zupełnie nie rusza wydawanie dwustu złotych na jedną pozycję, mogą do końcowej oceny dodać dziesiątą część punktu. Tyle samo mogą również dodać Ci, którzy będą się bawili Burnout Paradise w sieci. Jego żywotność przedłuża znakomicie zaimplementowany tryb online. Ja bezlitośnie będę jednak odejmował punkty od końcowej oceny gier póki usługa sieciowa Microsoftu nie ruszy oficjalnie w naszym kraju. Cóż więc otrzymujemy? Produkt, któremu wystawiam ocenę 8.4/10. To bardzo dobry arcade’owy racer, który powinien zadowolić zarówno fanów serii jak i osoby, które jej nie znają, a chcą po prostu poszaleć przy tego typu pozycji. Na pewno jednak mogło być o wiele lepiej. Cóż, może następnym razem się uda.
Jeżeli uważasz, że ten artykuł był dla Ciebie ciekawy, nie bądź bierny Poleć go innym!
Post edytowany 2008-01-30 o godzinie 13:46:15
OSTRZEŻENIE: Wszystkie komentarze na portalu Valhalla.pl są monitorowane. Nie obrażaj nikogo, pisz na temat i sprawdź pisownię. Niepodporządkowanie się do tych zasad będzie się wiązało z usunięciem twojej wiadomości.
Ranking:
158 na 5831
Recencje użyt.: 0
Użytkowników przeglądających Valhalla.pl: 825 (804 anonimowych użytkowników i 21 zalogowanych)
Zalogowani: katmay, fett, golabk, cherub, digital_cormac, mnemic, cana, lipton, coppertop, leon65, pawelkrasz, andrzej001, worldisyours, lord94, jamal013, adlerfromsc, quatrix, kamil1810, masterpain, simonthered666, daro83
Realizacja techniczna na wysokim poziomie, ale nie dla mnie takie loty. Rozpierducha, śmiganie 500 km/h i za grosz realizmu to nie jest to, czego szukam w wyścigówach.