Chcesz zamieścić reklamę? Kliknij tutaj!


Gdy tworzy się produkcję będącą kontynuacją gier uważanych przez pewne grupy za niemal kultowe, należy mieć na uwadze, że będzie się pod obstrzałem ze strony zagorzałych fanów danej serii. Jeżeli nawet wyjdzie się z tego starcia bez większego szwanku, a nowy tytuł zostanie przyjęty prawidłowo, każdy kolejny krok, zwłaszcza zapowiedź dodatków, będzie przedmiotem zażartej krytyki. Zyskać można sporo, ale stracić jeszcze więcej.
Pod powyższy schemat doskonale można wpisać Bethesda Softworks i ich ostatnią produkcję, Fallout 3. „Trójka” okazała się produktem dalekim od poprzedników, ale przy tym stworzonym z pewną wizją i zachowującym jakość. Nie można zarzucić F3, że jest grą złą. Jest po prostu inny, a tylko od tego, czy potrafimy nadać sobie pewien dystans, zależy jak ją ocenimy. Już jakiś czas po przekalkulowaniu zarobków producent gry zapowiedział pierwsze dodatki. Niestety Bethesda, znana z niesławnej zbroi dla konia, po raz kolejny zdecydowała się na „pobieralne” rozszerzenia typu DLC.
Przyznam szczerze, że z perspektywy czasu wszelkie add-ony dla Fallouta 3 oceniłbym bardziej surowo. Pierwszy dodatek, Operation Anchorage, pozwolił graczom na odpoczynek od post apokaliptycznych klimatów, jednak skupił się na mniej ambitnej części gry – strzelaniu. The Pitt oferowało już nieco więcej, będąc jednocześnie strasznie krótkie i męcząc graczy achievementem polegającym na zbieraniu sztabek stali. W końcu przyszedł czas debiutu Broken Steel – jedynego rozszerzenia dla F3, które tak naprawdę warte jest swojej ceny. Kontynuacja głównego wątku, podniesiony limit poziomów doświadczenia, nowe perki i osiągnięcia, a przy tym pokaźny zestaw broni i ciekawi przeciwnicy – za to do dziś warto jest zapłacić te 800 Microsoft Point. I gdy już pojawiła się nadzieja, że Bethesda wkroczyła na właściwą drogę, wydano Point Lookout. Add-on gorszy od poprzednika, posiadający kilka ciekawych pomysłów, jednak przedstawionych nam jakby na szybko, bez właściwego rozwinięcia. Zrozumiałe jest więc, że do ostatnio wydanego dodatku trzeba podejść w nieco bardziej rygorystyczny sposób.
Mothership Zeta, bo o nim mowa, jest już piątym DLC dla Fallouta 3 i wszystko wskazuje na to, że Bethesda właśnie na nim kończy produkcję rozszerzeń dla tej pozycji. Można się łudzić, że producent spróbował zwieńczyć swe dzieło naprawdę należycie, jednak efekt prac jest podobny do rezultatów projektów, które kończone są w piątkowe popołudnie. W pewnym stopniu jest to najgorszy z pięciu dodatków, który na jeszcze większą skalę pokazuje lenistwo tworzącej go ekipy i to, jak wiele okazji może zostać zmarnowanych.
W podstawowym F3 gracze mieli okazję natrafić na miejsce katastrofy UFO. Przy odrobinie starań można było zdobyć między innymi blaster należący do obcych, jednak wszystko zostało zrealizowane w sposób przystępny i nieinwazyjny. Tym razem, trafiając do wspomnianej lokacji (rzecz jasna za pomocą sygnału radiowego), zostajemy porwani i przeniesieni na statek-matkę pozaziemskiej cywilizacji.
Obcy, jak to obcy, szybko kładą nas na stół operacyjny i przeprowadzają sobie tylko znane badania. Główny bohater, przechodząc poprzednie DLC, zdążył już być na haju, stracić pewną część ciała, walczyć na radioaktywnej arenie i podłączyć się do symulacji, w której śmierć groziła faktycznym zgonem. Nie można mu zazdrościć doświadczeń... Tracąc po raz kolejny przytomność, budzimy się w naszej celi. Tam też poznajemy Somah – kobietę, która jak my i wielu innych, została porwana. Trzeba więc działać i znaleźć sposób, by wydostać się na wolność. I już na starcie jesteśmy świadkami tego, jak trudno było komuś pomyśleć. Do wyjścia z pomieszczenia wykorzystujemy sztucznie zaaranżowaną bójkę. W tym celu musimy bić się z Somah na pięści, a jest to element Fallouta 3, który wielu chciałoby po prostu przemilczeć. Mało tego zaraz po tym do celi wpadają obcy – cywilizacja, która przebyła lata świetlne i dryfuje stale w przestrzeni kosmicznej, próbuje sobie poradzić z więźniami jedynie za pomocą prostych pałek elektrycznych! Dodajmy do tego, że tego typu przeciwnicy pojawiać się będą do samego finału MZ.
Powiedzmy to sobie szczerze: Mothership Zeta jest do bólu liniowe. Poprzednie DLC nie były co prawda dumnymi przykładami wielowątkowości i nie dostarczały do dyspozycji wielu dróg, jednak otwarte przestrzenie były odbierane w inny sposób. Tu droga jest jedna, a jeżeli znajdujemy już boczny korytarz, możemy być pewni że za kilkadziesiąt metrów odbije on z powrotem do głównej ścieżki. Niestety przekłada się to na brak jednego z elementów, za jakie chwali się wciąż podstawowego trzeciego Fallouta – o wyborach moralnych możemy co najwyżej pomarzyć, chyba że za takie uznamy postanowienie sobie, że nie strzelamy w głowy obcych...
Następna strona (2/2)
Jeżeli uważasz, że ten artykuł był dla Ciebie ciekawy, nie bądź bierny Poleć go innym!
OSTRZEŻENIE: Wszystkie komentarze na portalu Valhalla.pl są monitorowane. Nie obrażaj nikogo, pisz na temat i sprawdź pisownię. Niepodporządkowanie się do tych zasad będzie się wiązało z usunięciem twojej wiadomości.
Fallout 3: Mothership Zeta (PC)
Ranking:
758 na 5744
Recencje użyt.: 0
Użytkowników przeglądających Valhalla.pl: 656 (655 anonimowych użytkowników i 1 zalogowanych)
Zalogowani: redz1222
Śmieję się do rozpuku z tego fragmentu.
W tym miejscu wychodzi głupota i zachłanność na kasę ekipy zwanej Bethesdą. Żal mi ich i jednocześnie ubolewam nad tym iż zarabiają gruby hajs na takich szmirowych DLC. Jest tylu świetnych epregowych developerów wokół Bethesdy i oni nie robią takich cyrków ze swoimi produktami jak Howard i spółka. Czy widzieliście kiedyś by Bioware, Obsidian czy śmietanka twórców japońskich RPG tak bardzo szkodziła swojej grze wydając 5 (!) krótkich, marnych DLC w niecały rok od premiery?
Szkoda słów mi na tych ludzi i czekam niecierpliwie aż Howard odda władzę Pagliarulo, bo tylko on ma łeb na karku i potrafi tworzyć ciekawe rzeczy w grach Bethesdy (Jest twórcą gildii Mrocznego Bractwa z Obliviona oraz większości questów w Fallouta 3).
Post edytowany 2009-08-18 o godzinie 20:18:36