Limit zawsze jakiś jest (nie ma to jak dobrze zacząć felieton ;)), bo medium, jakim są gry wideo zawsze jest ograniczone swoim tworzywem, czyli procesorem, kartą graficzną czy kontrolerami. Ale twierdzić, że te ograniczenia są jakieś bardzo ważne, to tak jakby twierdzić, że malarstwo jest ograniczone, bo malować można tylko w dwóch wymiarach. Zakładając, że mamy taką technologię, jaką mamy, jedynym ograniczeniem jest tylko wyobraźnia twórców, no i ewentualnie pieniądze.

Ale jeśli tylko ma się odpowiednią ilość i jednego i drugiego, wtedy świat przedstawiony w naszej grze może być absolutnie nieograniczony. Dowód? Choćby zapowiadane Grand Theft Auto IV, które – o ile tylko Rockstar Games zrealizują swoje zapowiedzi – będzie grą tak wielopłaszczyznową, że to się prawie nie mieści w głowie gracza, a co dopiero w cyfrowym móżdżku konsoli Xbox 360. Świat (a właściwie Liberty City) przedstawione w GTA IV będzie prawdopodobnie najbardziej zaawansowanym wirtualnym światem, jaki kiedykolwiek można było obejrzeć w konsoli.

Kiedy dowiedziałem się o tych wszystkich wypasach, moją pierwszą reakcją była myśl – „to niemożliwe”. No bo jak to możliwe, że takie sobie Rockstar North potrafi w jednej grze zmieścić tętniące życiem miasto, cały ruch uliczny, ciekawe misje, strzelankę, grę wyścigową, absolutną wolność działania, wchodzenie do budynków, handel, grę w kasynie i jeszcze zminiaturyzowaną wersję Internetu na dodatek. Przecież to niemożliwe do osiągnięcia dla jednego teamu, pracującego zresztą na dalekiej północy, w szkockim Edynburgu.

Ale Rockstar udowadnia, że to tylko kwestia pieniędzy. Pieniędzy, które zresztą sami z chęcią im przekazaliśmy, przy okazji poprzednich części GTA. No bo jeżeli możliwe jest stworzenie dobrej gry wyścigowej (osobno), dobrej strzelanki (osobno) i dobrego symulatora mini-internetu (osobno), to w takim razie wystarczy tylko zapłacić nie jednemu, ale trzem dobrym teamom, z których każdy odwali swoją część, dorzucić parę gwiazd hollywoodu i hit (oraz najbardziej zaawansowaną grę wszech czasów) mamy gotowy. Co z tego, że koszty będą trzy razy większe, niż normalnie? GTA IV zarobi pewnie dwudziestokrotnie więcej, niż każda inna dobra gra w tym samym czasie.

Oczywiście, to wszystko jeszcze musi współgrać, musi być inteligentnie koordynowane i oryginalni twórcy serii muszą mieć pieczę nad całą zawartością, ale powiedzmy sobie szczerze – Rockstar to nazwa magiczna. Nawet jeśli do poszczególnych elementów gry zatrudnieni zostaną ludzie z zewnątrz, to na pewno będą się starali spełnić oczekiwania fanów. A i zarobią pewnie niemało.

Jaki więc nasuwa się wniosek? Że jeśli tylko do stworzenia gry zatrudni się tysiąc ludzi, a nie setkę, to efekt może być porażający. Mrówcza praca animatorów, grafików, programistów i projektantów w takim gigantycznym studio mogłaby (teoretycznie, bo pewnie nikt się na coś takiego nie zdecyduje) dać nam grę prawie-uniwersalną. Jeszcze nie tak uniwersalną, jak życie (tego, że mam teraz ochotę jednocześnie zamknąć lewe oko, podrapać się w nos i spojrzeć na fotografię żony nikt nie będzie w stanie zaprogramować), ale powiedzmy – zaledwie milion razy mniej skomplikowaną, niż życie. Taką, w której będziemy mogli zarówno iść rano do pracy, wyprowadzić psa, jak i ruszyć z bronią na bank. Wysłać list do przyjaciela, jak i pościgać się samochodami. Pograć w kosza i przeczytać książkę.

Zawsze wydawało mi się, że tak zaawansowana „symulacja życia” jest niemożliwa do osiągnięcia ze względu na technologię. Ale nie, tu chodzi tylko o pieniądze. Gdyby zgromadzić odpowiedni budżet i odpowiednio wszystko zaprogramować, wirtualny świat jest możliwy do osiągnięcia. Trochę karykaturalny, zapewne z wieloma miejscami, w których trzeba by doładowywać nową zawartość, no i wydany pewnie na dwudziestu płytach DVD (ach, gdzie te czasy wymieniania płyt?). Ale chyba jednak możliwy.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

6 KOMENTARZE

  1. tiaaa. . . był taki jeden co obiecywał w pewnej grze, że świat będzie ewaluował i każdy uczynek będzie miał wpływ na świat dookoła i. . . . skończyło się na słowach. Oby tutaj nie było tak, że chodzenie po budynkach oznacza 4 różne w mieście bo akurat tam są misje + 4 miejsca jako nasze kryjówki. A tętniące życiem ulice to 3 cywili, 4 prostytutki i jeden policjant. . . Wiem, marudze. . . ale to dlatego, że się nie mogę doczekać GTA IV 😉

  2. Znowu pozwolę sobie się nie zgodzić. 🙂 To co opisujesz, w informatyce nosi nazwę Techniki Hord Mongolskich i polega na zwiększaniu zasobów ludzkich (zazwyczaj przy pomocy nisko opłacanych studentów/Chińczyków) w celu przyspieszenia/poprawienia jakości projektu. Nie muszę dodawać, że technika ta – oględnie mówiąc – nie sprawdza się. 🙂 Innymi słowy – liniowe zwiększanie zasobów nie powoduje liniowego wzrostu wydajności/jakości, a mówiąc po ludzku – nadal do stworzenia wybitnego produktu potrzebna jest ta odrobina geniuszu lub przynajmniej wysokiej specjalizacji – sama kasa nie wystarczy. :] Dlatego chociażby np. Microsoft wykupił studio Bungie, żeby mu robiło kolejne iteracje Halo, zamiast zlecić stworzenie hitu hordom swoich hinduskich programistów Visty. 😉

  3. Nie do końca masz rację bebe. Hordy Mongolskie maja na celu jedno i tylko jedno. Dodać ludziom, którzy potrafią myśleć i projektować tysiąc par dodatkowych rąk i tylko o to w tym chodzi. Także wzrost wydajności w tym wypadku (hindusi akurat z tego co mi wiadomo, to nie tylko tania siła robocza, ale mają całą masą bardzo dobrych inżynierów) na pewno nastąpi. Co do wzrostu jakości to sprawa ma troszkę jak za Stalina, wszystko będzie działać ok, jak tylko porządnie chwycisz hordę za mor. . .

  4. Mi sie wydaje ze autorowi chodzilo o zatrudnieniu 1000 mega-specjalistow 🙂 a nie 1000 sredniaków 😛 Byloby Extra jakby byla taka 😛 Kto wie moze GTA nas zaskoczy ;]

  5. Tu nie chodzi nawet o to, żeby zaimplementować te miliony możliwości przez tysiące programistów. Prawdziwą rewolucją pozwalającą na to, o czym autor pisze jest moim zdaniem napisanie takiego systemu, który bedzie się samoczynnie rozwijał i tworzył te możliwości. Nie chodzi o to, by postawić w mieście 300 sklepów i chwalić się ogromem. Chodzi o to, by program sam zasymulował taką sieć, taki system pseudo-społeczny, który sam sobie wytworzy wszystkie te możliwości : ). A to jest poletko do popisu ludzi zajmujących się sieciami neuronowymi i AI ; ). I pada pytanie – czy TO jest możliwe?

  6. Jest dokładnie tak, jak pisze krawiec. Niezależnie od ilości, jeśli zatrudni się cieniasów, to nic nie wyjdzie. A jeśli zatrudni się 1000 utalentowanych ludzi – może coś z tego wyjść 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here