Zanim zacznie się w Brutal Legend grać, trzeba sobie odpowiedzieć na fundamentalne pytanie – co to właściwie jest za gra. Niby takie słowa jak slasher, otwarty świat, free roaming, elementy RTS mówią bardzo wiele, ale nie dajcie się zwieść. To nie jest tytuł dla wszystkich. BL to jeden wielki hołd dla klasyki heavy metalu. By móc czerpać z tej produkcji naprawdę wielką przyjemność, wypada albo bardzo lubić humor w stylu Jacka Blacka albo gustować (a właściwie, to chyba „bezgustować”) w tego typu muzyce. Po spełnieniu tych warunków, śmiało można wyłożyć na sklepową ladę te 180 złotych i wsiąknąć w cudowny świat ciężkich brzmień, wykreowany przez Tima Schafera. Tego samego gościa, który sto lat temu zapewnił wam tony zabawy przy Day of the Tentacle, a całkiem niedawno również przy Psychonauts.

Piekielna muzyka

Dziwacy, żądający od gier wideo takich cudów jak… bo ja wiem, fabuła na przykład, pewnie spytają, czy takie coś w ogóle w BL występuje. Owszem, aczkolwiek należy z góry ostrzec, byście po historii nie spodziewali się jakichś cudownych uniesień. Innych, niż – przykładowo – uniesienie pięści do góry, w zwycięskim geście. Jest dokładnie taka, jak oczekuje się od historii będącej pretekstem do zrealizowania kilku przednich gagów i powiedzenia graczom konsolowym: Jestem Timothy Schafer i kocham heavy metal. Prosta, liniowa, dosyć przewidywalna, a jednocześnie na tyle ciekawa, by utrzymać choć pozory napięcia. Oto Eddie Riggs, załamany nad kondycją dzisiejszej muzyki roadie – fachura zajmujący się koncertami od strony technicznej – w wyniku interwencji boga Ormagodena trafia do krainy wyrwanej rodem z najszpetniejszych okładek albumów, gdzie ludzi ciemiężą wielkie, szpetne demony. Skromnie wyposażony (bo z początku tylko w wielki topór i swoją nieodzowną gitarę), rusza na pomoc swoim braciom i siostrom, niosąc im przy okazji kaganek heavy metalowej oświaty.

Rajska kraina

Nie wiem, czy Tim Schafer projektował świat i pisał dialogi do Brutal Legend będąc zupełnie trzeźwym, ale szczerze powiedziawszy, obchodzi mnie tylko efekt – a ten jest po prostu zniewalający. Całość jest idealnie spójna, jednocześnie różnorodna, ale wszystko do siebie pasuje. Kraina heavy metalu z jednej strony została wyrwana rodem z „mrocznych” okładek albumów, z drugiej zaś zalewa groteskowym humorem. Zarazem składa hołd twórcom cięższych brzmień oraz bezlitośnie wyśmiewa ich twórczość. Cały ten miks widoczny jest nie tylko w nieprawdopodobnym, psychodelicznym koncepcie samego wyglądu świata, ale też stworzeń go zamieszkujących. Potworne mamuty, laserowe pantery, ogniste brzytwodziki, czy okazyjnie wstające z grobów emo-zombie to groteska pełną gębą, ale nie ma co ukrywać, że nie każdemu ten styl przypadnie do gustu. Po raz kolejny o tym wspomnę – Brutal Legend jest piękne w swojej szpetocie. Tylko by znaleźć to piękno, trzeba być odpowiednio wielkim bezguściem i lubić Judas Priest albo Motorhead. Albo, o zgrozo, jedno i drugie.

Wszystko to oczywiście byłoby na nic, gdybyśmy nie mieli z kim i dla kogo poznawać tego nietypowego uniwersum. Na całe szczęście, ciekawych charakterów również w najnowszej produkcji Double Fine nie brakuje. Sam Eddie Riggs, wirtualna wersja Jacka Blacka, na każdą sytuację ma mnóstwo kretyńskich, ale przezabawnych komentarzy, a jego dialogów ze Strażnikiem Metalu i demonem Fletusem można słuchać w nieskończoność. Szaleni motocykliści również dokładają do tego swoje cegiełki i tym sposobem skrypt do Brutal Legend to z całą pewnością jeden z najbardziej błyskotliwych, jakie kiedykolwiek powstały dla gier wideo.

Na scenie

Batman w krainie metalu

BL, choć pod względem fabularnym jest absolutnie liniowe, oferuje z pozoru niewielki, ale po brzegi wypełniony niespodziankami, otwarty świat. Na zmianę będziemy więc podróżować nietuzinkowym samochodem na drugi koniec kontynentu i kłaść całe tony różnego tałatajstwa. Czy to posuwając akcję do przodu, czy wykonując misje poboczne, czy po prostu ot tak sobie jeżdżąc, lwią część czasu spędzimy z toporem w jednej ręce i magiczną gitarą (Klementynką) w drugiej. No i obowiązkowo tonami przeciwników tuż przed nosem. System walki jest nieskomplikowany, ot, kilka kombinacji i dodatkowych, wybuchowych ataków. A jak robi się naprawdę gorąco, do zabawy wkraczają równie uproszczone elementy strategii czasu rzeczywistego. Czyli zdobądź surowce, wybuduj maksymalną liczbę mięsa armatniego, po czym sam weź się do roboty i miel wrogów póki wszyscy nie padną. Są też drobne dodatki w postaci ataków łączonych, specjalnych zdolności danych jednostek czy bohaterów, ale nie ma się co doszukiwać tutaj żadnej głębi. Chyba, że mówimy o głębi kałuż krwi, która wesoło tryska sobie na wszystkie strony, upstrzona kończynami posiekanych na plasterki wrogów Eddiego. Jest prosto, gładko, przyjemnie i brutalnie. Czyli dokładnie tak, jak można było oczekiwać przed premierą.

Sama gra nie jest szczególnie długa (kilkanaście godzin to maksimum dla naprawdę ślamazarnych osób, jeżeli siąść za kierownicą Deuce i z linii fabularnego startu od razu pędzić ku zakończeniu), ale może zaoferować wystarczająco dużo, by utrzymać przed telewizorem znacznie dłużej, niż do momentu, gdy pojawiają się napisy końcowe. Świat metalu kryje w sobie mnóstwo tajemnic i aby dokopać się do każdej jednej znajdźki bez pomocy ze strony stryjków Google i GameFAQs trzeba się zdrowo naszukać – jest ich zdaje się około dwustu, więc osoby uwielbiające podobne wyzwania pokochają uniwersum wykreowane przez chory umysł Tima Schafera. A dodajmy do tego jeszcze wielką liczbę misji pobocznych (opartych głównie na zabijaniu przeciwników, w różny sposób, ale są też wyróżniające się wyjątki) i jesteśmy w heavy metalowym raju.

Gwiazdorska obsada

Uciekł z MTV

Na ogół ocenę oprawy audiowizualnej staram się zamknąć w kilku lakonicznych zdaniach, bo w większości przypadków można ją traktować jako zwykły dodatek do całej reszty, służący głównie budowaniu klimatu. W przypadku Brutal Legend nie mam jednak wyjścia i muszę rozpisać się nieco bardziej, bo śmiało mogę stwierdzić, że od strony dźwiękowej to absolutny top wśród wszystkich produkcji, jakie kiedykolwiek się ukazały. Włączając w to nawet Rock Band z Beatlesami w roli głównej. Przechodząc BL możemy usłyszeć ponad setkę kawałków (część należy samemu odblokować, znajdując tak zwane Mouth of Metal) i choć ogromna większość to ciężkie nawalanie po garach, ktoś kto lubi metal od razu dostrzeże ogromną różnorodność tracklisty wybranej przez Schafera i Blacka. A jeżeli już się jest fanem tego gatunku, to przez dobrych parę godzin można siedzieć w samochodzie Eddiego i puszczać kolejne utwory takich zespołów jak Black Sabbath, Judas Priest, Motorhead, Manowar, Tenacious D, Scorpions, Children of Bodom albo Cradle of Filth. I całe mnóstwo innych kapel, które wspólnie tworzyły historię wszystkich sześciu tysięcy odmian metalu. Świat tej gry po prostu przemierza się z uśmiechem na twarzy o szerokości wprost proporcjonalnej do tego, jak dużą głośność ustawiliśmy w telewizorze.

Hymn pochwalny na cześć rewelacyjnego soundtracku to oczywiście nie wszystkie ciepłe słowa, jakie mam dla oprawy audio w Brutal Legend. Voice acting to kolejny megahit, rzucający cień na niemal wszystko, co do tej pory się ukazało. Zresztą, by się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć na listę osób, które podkładały głosy pod fantastycznych bohaterów BL. Jack Black jako Eddie Riggs to tylko wierzchołek góry lodowej, bo w kolejce do wyróżnienia stoją już takie gwiazdy jak Ozzy Osbourne (absolutnie genialny, rewelacyjny, pełen piekielnej energii Guardian of Metal), Lemmy Kilmister z Motorhead, Rob Halford z Judas Priest, Lita Ford i Kyle Gass – współtwórca duetu Tenacious D. Dodać należy, że towarzyszą im również ludzie spoza branży muzycznej, mistrzowie voice actingu tacy jak Jennifer Hale (Baldur's Gate , Planescape Torment, Metal Gear Solid, Metroid Prime, Mass Effect i cała masa innych) i Tim Curry. Często mówi się, że dobre udźwiękowienie gry to jej wisienka na torcie. Tutaj jest inaczej. Soundtrack i voice acting w Brutal Legend stanowią tort pod wisienką.

Scenografia

Kto najlepiej gra na wieśle?

Nie jest już niestety tak wesoło, kiedy przypatrzymy się grafice. To zdecydowanie największa skaza na tym tytule i nie udaje się jej ukryć nawet przez fenomenalny design i komiksowy styl całości. Mało szczegółowe modele postaci, nawet w swojej karykaturalnej formie, z zabawną mimiką, przywodzą na myśl gry sprzed kilku lat. Nie pomaga tu również niezgrabna animacja, niestety szczególnie widoczna na scenkach przerywnikowych, których średnie wykonanie ratują zabawne gagi i świetne dialogi. Nic już natomiast nie można powiedzieć na usprawiedliwienie technicznych niedoskonałości, takich jak mizerny draw distance i brak płynności. Nie jest to może jakieś szczególnie uciążliwe, ale gra, która od strony graficznej wygląda w porywach przyzwoicie, zdecydowanie nie powinna gubić framerate'u. Ani na moment.

Die for Metal!

Brutal Legend to produkcja, której nie sposób ocenić obiektywnie. Ciężko mi sobie bowiem wyobrazić, że ktoś, komu nie podszedł jej dziwaczny klimat, okraszony wydzieraniem się gwiazd heavy metalu, zdoła spędzić przy niej choćby kilka przyjemnych chwil. Gameplay jest niezły, ale znowu nie aż tak dobry, by BL mogło przykuć do telewizorów konsolowców kochających wymagające slashery, o fanach strategii nawet nie wspominając. Ale jeżeli ktoś ma włosy sięgające łopatek, w glanach poluje na swój obiad, a o pół kilo ziemniaków prosi w sklepie potężnym growlem, to w nowej produkcji legendarnego Tima Schafera zakocha się z miejsca. To właśnie tacy ludzie są targetem dla Brutal Legend i w związku z tym bez wahania stawiam tej produkcji, będącej fantastycznym hołdem dla historii metalu, w pełni zasłużoną dziewiątkę.

Nie będę ukrywał – jako fan Jacka Blacka, przy okazji sporą sympatią darzący zespoły potrafiące ostro dać po garach, w tym roku czekałem przede wszystkim na jedną grę. Twarz mi się czerwieniła z niecierpliwości, gdy czytałem o Modern Warfare 2 albo erpegowym New Shit w postaci Dragon Age, ale to każda kolejna wieść o Brutal Legend sprawiała, że wyciągałem z szafy zakurzone glany, przyozdabiałem się ćwiekami, a w zęby chwytałem czarnego kota i nieudolnie growlowałem przez kolejne sześćset sześćdziesiąt sześć minut. Tak naprawdę to nie mam glanów, ćwieków, ani nawet kota, ale i tak nowy projekt Tima Schafera jeszcze na długo przed swoją premierą był dla mnie murowanym kandydatem do gry roku. Sprawdźcie, co wyszło ze współpracy pomiędzy Tenacious D, gwiazdami metalu i Double Fine Productions.

Plusy

Minusy

[Głosów:0    Średnia:0/5]

21 KOMENTARZE

  1. Mam takie same odczucia jak Soviet. Klimat fantastyczny, ale BL jest jak dla mnie całkowicie niegrywalnym gniotem. RTS nie pasuje tu ani trochę, sterowanie wolła o pomstę do nieba. Szkoda, gdyby powstała na tej bazie platformówka byłoby wspaniale. A tak dostaliśmy niezwykle klimatyczną, ale niegrywalną produkcję.

  2. musze sie zgodzic z kolega do gry z takim jajami drewniany gameplay rodem z toy story wogole nie pasuje nie wspominajac juz o scenkach z samochodem ( popelina z porazka ! )Gra zdecydowanie nie zasluguje na 9 a swoja droga skoro temu przecietniakowi wystawiasz tak wysoka ocene nie zostawiajac prawie nic w zapasie to ciekaw jestem ile wystawisz kolejnej grze z tego gatunku z Kratorem w roli glownej 14 ? 16 ?

  3. Tima Schafera robi dwa rodzaje gier. Takie które sie nie sprzedają (Psychonauts) lub takie które są słabe i sie nie sprzedaja (BL). O jaki METAL chodzi? Raczej o wygłupy w stylu pierdzenie-przy-gościach w wykonaniu tego mało śmiezsnego debila Jacka Blacka. Brutal jest fajny przez pierwsze 30 minut potem nuda na resorach

    • . O jaki METAL chodzi? Raczej o wygłupy w stylu pierdzenie-przy-gościach w wykonaniu tego mało śmiesznego debila Jacka Blacka. Brutal jest fajny przez pierwsze 30 minut potem nuda na resorach

      Jako fan H. Metalu,mocnego starego rocka,a także cięższego brzmienia(i nie fan J. Black’a-wisi mi on kalafiourem:) nie ukrywam,ze czekałem na ta grę z utęsknieniem. . . Po zapoznaniu sie z wszystkimi możliwymi newsami i info na temat gry -pobrałem demo. . . i miałem baaardzo mieszane uczucia grając w nie. Właściwie to dałem sobie spokój po tym co zobaczyłem. . . (nie będę tu opisywał moich odczuć na temat gry- bo nie jestem subiektywny)do momentu kiedy to następnego dnia po dość nietypowym 🙂 koncercie Motorhead w Dublinie,coś we mnie pękło(glosy w głowie:Człowieku w tej grze jest Lemmy Kilmister,Ozzy O i inni,nasilały sie!) i będąc w jednym z tamtejszych sklepów. . . oczywiście kupiłem BL! Uważam,ze jest to gra adresowana tylko i wl. do fanów tego gatunku muzyki. . . nie jest ledna,grywalna tez za bardzo nie jest. . . J. Black-śmieszy mnie tylko półgębkiem,ale. . . muzyka jest. . . hmm:)-to jest właśnie o to o co biega w tej produkcji-cale dusza gry jest w muzyce i w legendach występujących w tej grze! Jako Fan-łyknąłem w całości!Nie-Fanom-polecam na własna odpowiedzialność!No właśnie o Taaaaki METAL chodzi!m/

      • Ohh!Ajm sory maj Lejdi powinno byc: Jestem Subiektywny ,a nie jestem obiektywny. Aduma 12/11/09

        Ojojoj szkoda, myslalem, ze w koncu wyewoluowal Homo Obiektywus ;)A wracajac do tematu to o ile Psychonauts bardzo mi sie podobal, o tyle BL mnie straszy klimatem. I raczej sobie ten tytul daruje.

  4. Kurde, chyba naprawdę jestem stary. Nawet bardzo stary. Urodziłem się bowiem mniej więcej w czasach o których marzył Eddie Riggs w demie, czyli „erlie seventies, when the music was true”, Oto więc moja opinia o Brutal Legend. Jak wcześniej napisał Wojtek (świetna recenzja imo, jedna z lepszych jakie czytałem), Brutal Legend to gra dla ekstremalnie wąskiego grona odbiorców. Dużo węższego, niż szeroko dziś rozumiana populacja gości z włosami po kolana, trząchającymi dyńkami w rytm riffów np. Dimmu Borgir. To hołd miłośnika starego, dobrego Heavy Metalu, złożony po latach na ołtarzu własnych młodzieńczych fascynacji. To hołd dla nurtu muzycznego, który nic a nic nie ma wspólnego z dzisiejszymi odmianami tegoż gatunku. Sam się niezmiernie dziwię, iż ktokolwiek w dzisiejszych czasach miał odwagę wyłożyć pieniądze na produkcję i wydanie tegoż tytułu. Faktycznie, grafika stoi na poziomie kilku lat wstecz, gierka potrafi przyciąć tu i ówdzie, farplany odrysowują się w bardzo zaskakujący sposób itd, itp. To wszystko jednak jest jak najbardziej bez znaczenia. Powiedział bym wręcz , iż całkowicie bez znaczenia, ponieważ to co w niej jest najważniejsze, cała dusza tej gry opiera się tylko i wyłącznie na sięgnięciu do serc wielbicieli Starego Heavy Metalu. Tylko i wyłącznie. Nawisem mówiąc, jest to bardzo ciekawe, ponieważ sam Jack Black, czy też Tenacious D. mają tyle wspólnego z rdzennym Heavy Metalem co Roman Giertych z Children of Bodom. Cóż tu dużo mówić, jak dla mnie, Brutal Legend to gra na którą czekałem, bez przesady, chyba z ostatnie dziesięć lat. Jako stary relikt minionej epoki, wyłysiały, rdzennie hevymetalowy dziadyga, zawsze proszący growlem o pół kilo ziemniaków w sklepie (genialne siergiej :)), śpiący w glanach itd, znajduje w tej produkcji co chwilę smaczki całkowicie i absolutnie niezauważalne dla pospólstwa:) (o przepraszam, dla normalnych ludzi). Dla przykładu przywódca rebelii, oraz jego kwestie bezapelacyjnie kojarzące się z twórczością Manowar, Guardian of metal jako Ozzy, świnie z których wyrywane zostają kusze – War Pigs (jeden z najbardziej znanych utworów Black Sabbath), zdobycie strun do basu (bold satan strings) i wiele wiele innych niezauważalnych wręcz szczegółów i animozji, tworzą genialny wręcz klimat, potęgowany tysiąckrotnie designem świata, za który twórcy powinni dostać Oscara, Nobla, Pulitzera, z dziesieć Złotych Globów, oraz Srebrnego Kartofla co najmniej. 🙂 Na sam koniec wygląd i zachowanie jednaj z głównych bohaterek pobocznych rozłożył mnie już całkowicie na łopatki (tu całusy i pozdrowienia dla mojej ukochanej i całkowicie niepowtarzalnej żony:)) Dodatkowo sam rajd Deuce’m w rytm utworu Motley Crue „Kickstart my heart”, czy krwawa napieprzanka toporem z Manowarem w tle to rzecz nie do opisania dla ludzi nie czujących tego klimatu. Brutal Legend więc, to gra dla bardzo wąskiego grona podstarzałych dodatkowo fanatyków dawno zmarłego gatunku muzycznego. Na sam koniec więc, rytmicznie trząchając dynią o stół, siedząc w glanach i skórze całej w ćwiekach, przystało zacytować jedynie:”. . . The Gods Made Heavy Metal And It’s Never Gonna Die. . . ” 🙂

  5. Pamiętam jak odpaliłem demo i na samym początku gry zobaczyłem tych pseudometalowców, którzy nazwali się Heav-y, z zaczeską na oczy(za to powinni zabijać!). Wóczas wiedziałem, że chyba kolega shafer ma podobny stosunek do muzyki co ja. Pamiętam czasy kiedy moi kumple zaczynali słuchać coraz dziwniejszych dziwolągów „Dimuborgir”, „Creadle of filth” itp. a Ja totalnie nie wiedziałem o co kaman. . . . no powiedzmy, że nie widziałem w tym muzyki, żadnej. Dlatego jestem na TAK.

  6. Sądziłem że gra ma być do GRANIA, a nie do resentymentów na temat podupadłej(?)/zmienionej/ subkultury H-M. Grafika słaba,ALE jest H-MLokacje puste, ALE to nic bo jest H-MRozgrywka nudna po jakiejś godzinie, ALE to nic bo jest H-MSystem walki prostacki, ALE to nic bo jest gitara ;)Humor Dzeka Bleka jak zwykle szaletowy, ale to nic bo puszcza oko do subkultury H-M z którą ciekawe ile ma naprawde wspólnego ;)Odejmując H-M z BL nie zostaje nic.

    • Grafika słaba,ALE jest H-MLokacje puste, ALE to nic bo jest H-MRozgrywka nudna po jakiejś godzinie, ALE to nic bo jest H-MSystem walki prostacki, ALE to nic bo jest gitara ;)Humor Dzeka Bleka jak zwykle szaletowy, ale to nic bo puszcza oko do subkultury H-M z którą ciekawe ile ma naprawde wspólnego ;)Odejmując H-M z BL nie zostaje nic.

      Dokładnie tak. Całkowicie i w 100%. Oto właśnie tutaj chodzi. 😉

    • Lokacje puste, ALE to nic bo jest H-M

      No tak, puste, chociaż nawet negatywne recenzje (których notabene jest mało) chwalą tę grę za odważny i kapitalny design świata pomimo ogólnie przeciętnej mocy silnika.

      Rozgrywka nudna po jakiejś godzinie, ALE to nic bo jest H-MSystem walki prostacki, ALE to nic bo jest gitara 😉

      Nudna po jakiejś godzinie? Tzn. CO zrobiłeś? Bo pomijam fakt, że to a) gra sandboksowa i b) RTS w TPP, a takie podejście ostatni raz pojawiło się 10 lat temu w Sacrifice, które do tego nie było komercyjnym hitem. „Prostackość” systemu walki TEŻ wynika z tego, że to RTS – co prawda RTS w którym od aktywnego udziału postaci zależy zwycięstwo kiedy gra się przeciw czemuś innemu niż AI na Gentle, ale w dalszym ciągu nie o tak rewolucyjnym charakterze jak chciałby tego Schafer. No i to gra robiona pod multiplayer (zaczynała tak zresztą), a single w gruncie rzeczy robi za tutorial do gry po sieci. Co do jego długości – Oblivion oferował znacznie mniej, jego singiel był jeszcze krótszy, a dostał GOTY. Piękne.

      Humor Dzeka Bleka jak zwykle szaletowy, ale to nic bo puszcza oko do subkultury H-M z którą ciekawe ile ma naprawde wspólnego 😉

      I na podstawie którego fragmentu twierdzisz, że humor w grze jest szaletowy? Bo ja oprócz umiejętnie wykorzystanych wulgaryzmów nie jestem w stanie znaleźć przykładu czegokolwiek ordynarnego i prostackiego w scenariuszu (a motyw z headbangerami pracującymi jako górnicy za pomocą głów, Lionwhyte o włosach wytapirowanych tak mocno, że może latać czy finałowa rozmowa z Doviculusem to mistrzostwo świata – przy czym to tylko czubek góry lodowej). A pisanie o humorze Dżeka Bleka to też debilizm, bo autorem scenariusza jest Tim Schafer.

      Odejmując H-M z BL nie zostaje nic.

      A odejmując fabułę z Metal Gear Solida zostaje archaiczna rozgrywka, czyli nic. A odejmując z Fallouta pulpową stylistykę post-apo zostaje zabugowana turówka o prostej fabule. A odejmując międzywojenny klimat BioShocka zostaje FPS, w którym z broni energetycznych korzysta się LT. A odejmując. . . Wywalanie konceptu z gry i skonfrontowanie go z gameplayem jest tak wspaniałym sposobem na umniejszenie jej wartości, że to argument wręcz debilny – choćby dlatego, że wszystkie tegoroczne duże tytuły opierają się na konceptach, z których po usunięciu „nie zostaje nic”, a i sporo klasyków można w ten sposób spłycić i zredukować do śmieci. A w przypadku Brutal Legend i tak po odjęciu koncepcji zostaje dobra, acz nie wybitna gra RTS z przednim pomysłem, na którego wykorzystanie nikt nie mógł wpaść 10 lat (bo tyle mija od premiery Sacrifice) i która jest DRUGIM w przeciągu paru ostatnich lat tytułem po EndWar który jakoś próbuje wyciągnąć ten stęchły i tkwiący w stagnacji gatunek, jakim jest RTS.

    • A odejmując strzelanie ile zostaje z Call of Duty? :O

      Facecja tyleż fajna na pointę co bezsensowna. BL zweryfikują wyniki sprzedaży, a raczej ich brak. Brutal to gra równie durna koncepcyjnie co tak wyśmiewany przez wielu z was/nas 😉 od lat Crysis, ale wystarczy coolerski Dzek Blek żeby było cacy. Nie żebym miał coś przeciwko BL ale mechanizm podobania się niektórym tej gry jest dla mnie niezrozumiały

      • Nie żebym miał coś przeciwko BL

        Sądziłem że gra ma być do GRANIA, a nie do resentymentów na temat podupadłej(?)/zmienionej/ subkultury H-M. Grafika słaba,ALE jest H-MLokacje puste, ALE to nic bo jest H-MRozgrywka nudna po jakiejś godzinie, ALE to nic bo jest H-MSystem walki prostacki, ALE to nic bo jest gitara ;)Humor Dzeka Bleka jak zwykle szaletowy, ale to nic bo puszcza oko do subkultury H-M z którą ciekawe ile ma naprawde wspólnego ;)Odejmując H-M z BL nie zostaje nic.

        Hmmm. . . Rzeczywiście, nic do niej nie masz

  7. Zdaje się, że wyniki sprzedaży były publikowane już. O ile się nie mylę BL sprzedał się do tej pory w 200 tys. egzemplarzy.

Skomentuj Adam Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here