Niech numer w tytule was nie zwiedzie – to już pięćset osiemdziesiąta trzecia gra w serii.

Należę do pokolenia, które wychowało się westernach. Moimi bohaterami był Winnetou i Old Shatterhand. Książki Karola Maya są moim wielkim skarbem, którego za nic się nie pozbędę. To samo z filmami – Rio Bravo, Tom Horn, Bronco Billy, Ballada o Cable’u Hogu’e w reżyserii Sama Peckinpaha oraz jego Dzika banda określana mianem „antywesternu”. Po prostu kocham ten gatunek. Tak więc wydanie w połowie tego roku gry Red Dead Redemption było dla mnie prawdziwym świętem. Oczywiście było mi odrobinę przykro, że RDR nie jest westernem sensu stricto. Przygody Johna Marstona to swoiste epitafium dla mitu Dzikiego Zachodu. Mitu, który nigdy nie istniał w rzeczywistości w takiej formie jak przedstawia go literatura popularna i filmowe produkcje. Dlatego z Red Dead Redemption miałem spory problem. Klimat umierającego Dzikiego Zachodu w przededniu rewolucji przemysłowej z początku nie przypadł mi do gustu. Marzyła mi się gra w kanonicznym westernowym „settingu” – pełna kowbojów, indiańskich ataków na osadników zmierzających na zachód i tak dalej. Mimo to bawiłem się świetnie.

Panowie z Rockstara chyba po raz pierwszy stworzyli fabułę, która nie znudziła mnie po kilku godzinach zabawy. John Marston, niepasujący do zmieniającego się świata ex-bandzior próbuje odkupić swoje winy i znaleźć upragniony spokój na łonie rodziny. To było coś! No, ale dosyć tej opowieści, bo może jeszcze ktoś w RDR nie grał, a nie chcę mu zepsuć zabawy.

RDR to moim skromnym zdaniem murowany kandydat na grę roku. Wydany kilka dni temu dodatek tylko mnie w tym utwierdza. Tu muszę się zatrzymać i wyjaśnić, że nie „przejęzyczyłem się” Red Dead Redemption Undead Nightmare mimo że jest tak zwanym DLC dostępnym (na razie) tylko w cyfrowej dystrybucji ma pełne prawo nazywać się dodatkiem do gry. Dodatkiem przez duże „D”. O tym jednak za chwilę.

Trochę technicznych szczególików

Jeśli chcemy bawić się wraz z Johnem Marstonem w strzelanie do zombiaków to musimy zalogować się do usługi XBL, lub PSN. Jak nietrudno zauważyć my opisujemy tu wersję na konsolę Playstation 3. W sieciowej usłudze Playstation Network Undead Nightmare kosztuje 36 złotych. Tu mała uwaga, jeśli jesteście subskrybentami Playstation Plus to za DLC do RDR zapłacicie nieco mniej – 28,80 zł. Sam plik zajmuje nieco ponad 1500 megabajtów na twardym dysku.

Zombiaki górą… (uwaga akapit ze spojlerami RDR)

W Undead Nightmare znowu wcielamy się w rewolwerowca erudytę Johna Marstona. nasz bohater, jak pamiętamy z podstawowej wersji Red Dead Redemption, odzyskał farmę i rodzinę. Tu właśnie zaczyna się nasza historia. John w pocie czoła stara się zapewnić żonie i synowi godne życie na farmie. Undead Nightmare rozpoczyna się w momencie, gdy Marston wraca po wielomiesięcznej nieobecności na swoje rancho. Ma jednak złe przeczucia… wiecznie zawiany „wujaszek” gdzieś się zawieruszył. Nie będę opisywał całej introdukcji, ale dodam jeszcze, że ostatecznie Johnowi przyjdzie w udziale uratowanie Dzikiego Zachodu ogarniętego plagą Zombie. Ma też bardziej osobiste pobudki. W domu czekają związana jak prosiaki rodzinka także zainfekowana tajemniczą chorobą zmieniającą ludzi w nieumarłe paskudy.

Tu moja pierwsza uwaga dotycząca tego DLC. Już intro (na silniku gry) jest doprawdy wyborne. Animowanych przerywników jest całkiem sporo co jak na Downloadable Content jest rzeczą na ogół niespotykaną, a tym samym wartą podkreślenia. Chyba najbardziej w pamięć zapadła mi rozmowa Marstona ze sklepikarzem-rasistą Herbertem Moonem, która zakończyła się… nie, to już musicie zobaczyć na własne oczy. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze narrator rodem ze starego filmu grozy. Jego ekspresyjny, demoniczny śmiech tworzy niesamowity klimat. Rockstar naprawdę się postarał.

Undead Nightmare to całkowicie nowa przygoda naszpikowana sporą ilością zadań. Przejście głównego wątku fabularnego wraz z misjami pobocznymi zajmuje od czterech, do siedmiu godzin. Jesteście pod wrażeniem? Bo ja tak. Biorąc pod uwagę, że dzisiejsze gry potrafią „zakończyć” swój wątek fabularny w 3 godziny (Medal of Honor, Vanquish) to naprawdę trzeba przed ludźmi z Rockstara bić pokłony.

John Marston na drodze ku uratowaniu rodziny i odnalezieniu źródła kłopotów z wychodzącymi z grobów nieumarłymi napotka cztery rodzaje przeciwników. Oprócz typowych, jęczących, że tak powiem klasycznych Zombie napotka również oponentów zwanych Bolters. Te wychudzone, agresywne paskudy są niezwykle szybkie i mogą sprawić spore problemy.Pojawią się również plujące kwasem Retchers. Co gorsza przyjdzie nam zmierzyć jeszcze z wielkimi Bruisers. Ten typ Zombie to prawdziwy czołg potrafiący powalić naszego biedego bohatera na ziemię. Zapomnijcie zatem o miłym strzelaniu do powolnych umarlaków.

Inna mechanika i taktyka przeżycia

Undead Nightmare wymusza na graczu zupełnie inne podejście do rozgrywki niż miało to miejsce w podstawowej wersji Red Dead Redemption. Koniec z ukrywaniem się za płotkiem, czy ścianą stodoły. Tutaj trzeba być w ciągłym ruchu i „cover system” tak pomocny w podstawce tutaj jest absolutnie zbędny. Bo jak tu się ukrywać, kiedy atakuje nas wielka sfora powstałych z grobu gnijących, ożywionych ciał? Większość miast i miasteczek w RDR UN jest oblężona przez hordy Zombie. Jeśli chcemy znaleźć na jakiś czas bezpieczną przystań to musimy wyplenić potwory. Oczywiście nie robimy tego sami. Często w sukurs przyjdą nam ocalali mieszkańcy. Kiedy już oczyścimy ulice będziemy mogli zapisać grę, dostaniemy też od wdzięcznej ludności np. broń.

Warto zaznaczyć, że zgodnie z kanonem Zombie można zabić tylko strzałem w głowę. To także wymusza zmianę taktyki. No, chyba, że mamy jedną z nowych broni dostępnych w DLC. Jeśli dorwiemy w swoje łapy potężnego garłacza (ładowanego kośćmi zabitych przez nas paskud) to nie musimy się martwić o celowanie. Buteleczka ze święconą wodą działa natomiast obszarowo. Poczciwa pochodnia sprawi zaś, że nieumarli zajmą się ogniem. To jest dopiero widok! Tej ostatniej hmm… broni używałem podczas rozgrywki dość często ponieważ amunicja w RDR UN jest towarem deficytowym.

No właśnie. W Undead Nightmare nie uraczymy uroku zakupów w sklepikach rozsianych świecie gry tak jak to miało miejsce w podstawce. Można to zrozumieć… w końcu większość ludzi zamieniło się w zombiaki. DLC wymusił też inną zmianę. Na otwartej przestrzeni nie możemy już rozbić obozowiska. Jest to po prostu zbyt niebezpieczne. Siłą rzeczy zatem będziemy musieli zwiedzać świat opętany przez siły z piekła rodem na piechotę, a raczej na koniu.

Cztery wałachy Apokalipsy i świniowata Chupacabra

W Undead Nightmare odwiedzimy, mówiąc oględnie, te same miejscówki co w Red Dead Redemption. Armadillo, Blackwater i inne. Są jednak różnice. Przede wszystkim jest mroczniej, niektóre domy są zabite deskami i odrobinę podniszczone. Cały świat jest bardziej posępny co podkreśla mgła i mroczna kolorystyka. Niektóre budynki lizane są przez płomienie. Prawdziwie apokaliptyczna wizja.

Na pustkowiach opanowych przez Zombie napotkamy też zainfekowane zwierzęta. Pierwszy kontakt z zombie-grizzlie jest niezapomniany. Zapolujemy też na zwierzęta rodem z legend. Na północy kryję się Sasquatch (Wielka Stopa). Okolice Diez Coronas nawiedza Chupacabra. A co powiecie na złapanie jednorożca? Nic jednak nie przebije czterech koni Apokalipsy. Na szczęście sami jeźdźcy gdzieś się zapodziali na pustkowiach. Nie ma to jak przejechać przez miasteczko na ognistym zwierzaku należącym do Wojny, lub przerażającym koniu Śmierci, który pozostawia za sobą zabójczą dla przeciwników szarą mgiełkę. Wszystkie cztery demoniczne rumaki nigdy się nie męczą. Galop na takim potworze to niezapomniane przeżycie.

W sieci zawsze raźniej bić!

Undead Nightmare to nie tylko świetna kampania dla jednego gracza. Fani figlowania z zombiakami po sieci dostają w pakiecie dwa nowe tryby rozgrywki – Undead Overrun oraz Land Grab. W tym pierwszym wraz z czterema towarzyszami walczymy z napierającą hordą Zombie. Z każdym atakiem fala nieumarłych jest bardziej potężna. W Land Grab musimy natomiast utrzymać kontrolę nad danym terenem gry.

Podsumowując należy uczciwie przyznać, że Rockstar kolejny raz pokazał, że jest po prostu mistrzem w swoim fachu. Odkąd sięgam pamięcią byłem do DCL nastawiony bardzo sceptycznie. Nie podobała mi się droga, którą podążali twórcy gier. Downloadable Content służył generalnie do nabijania kabzy i robienia nas w balona. Kilka mapek do trybu multiplayer, a czasem jakiś drobny przedmiot (broń, ubranko… słynna zbroja dla konia) i tak dalej. A to wszystko na ogół w nieprzyzwoitej cenie, która prawie nigdy nie była adekwatna do tego co nam oferowano. Dopiero Undead Nightmare pokazał jak powinien wyglądać dystrybuowany w cyfrowej dystrybucji (mini)dodatek do gry.

Jeżeli miło spędziliście grając w Red Dead Redemption to koniecznie kupcie Undead Nightmare. To będą wyjątkowo dobrze wydane pieniądze.

Zapytacie co z oceną? Tak jak podstawka Undead Nightmare zasługuje na mocne 9/10.

Nieumarli wyszli ze swoich grobów. Wystraszyli pasące się na łąkach bydło i zjedli mieszkańców pogranicza. Na pomoc rusza John Marston w którego wcielił się nasz dzielny redaktor. Czy dodatek do jednej z najlepszych gier tego roku wart jest waszych pieniędzy? Przekonacie się czytając naszą recenzję DLC Undead Nightmare do Red Dead Redemption.

Plusy

Minusy

[Głosów:0    Średnia:0/5]

8 KOMENTARZE

  1. Świetnie się czytało. Chyba miara dobrości tego dodatku może być sam fakt, że jest recenzowany wszędzie jak normalna gra więc brawo dla Rokstara

  2. Sprawdźcie to, bo warto, tylko dla prawdziwych facetów;) Trzeba tylko zagrać w grę samochodową. Jeśli chcecie wziąć udział w konkursie, w którym można wygrać zestaw narzędzi o równowartości 8000 złotych, oraz raz w tygodniu tor wyścigowy za 600 złotych wystarczy, że zalogujecie się na stronie: jhgjfgjvgnvbjgjb i zagracie w fajną grę samochodową. (Jak wyskoczy błąd przy logowaniu, to trzeba go zignorować).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ