W poprzednim odcinku naszego stałego już cyklu filmy były… no powiedzmy, że mało ambitne. Wytknął mi to w Pmce jeden z Vikingów. Cóż poradzę? Krawiec kraje jak mu staje! Nie to nie tak szło. W każdym razie dziś prawdziwa uczta. Na pierwszy ogień z kanału filmowego YouTube absolutna klasyka na którą nikt nie ma prawa podnieść ręki. Przed wami Metropolis Fritza Langa. W komentarzach pod poprzednim „seansem” wybuchła dyskusja odnoście „przewodniej roli Ameryki”. Nie wiem czy to wpływ Sandry Bullock, czy może pretensjonalnego filmu akcji rodem z Francji, ale pokłóciliście się drodzy V-kinowcy, że aż strach. Dla was coś tradycyjnie z Iplex.pl, czyli Fahrenheit 9.11 Moore’a Tylko błagam! Nie pozabijajcie się.

Metropolis Langa macie poniżej, a Fahrenheit 9.11 obejrzycie sobie po kliknięciu w poniższy obrazek. Miłego oglądania.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

8 KOMENTARZE

  1. nie wiem co jest 🙁 zniknęły mi 4 newsy a te co się uchowały nie pojawiają się na głównej. Nie wiem to chyba nie wina mojego szwankującego ostatnio netu. Halo widzicie to w ogóle???

  2. Widzimy. Ja dzisiaj oglądałem Świętych z Bostonu. Ot, ciekawy film o psychopatycznych zabójcach, ale nie rozumiem wszystkich tych zachwytów i podniecania się, jakie to nie jest arcydzieło. Niezłe i dobrze się ogląda, ale nic więcej :)W gangsterskich klimatach, obejrzałem też ostatnio In Bruges (Najpierw strzelaj potem zwiedzaj), Layer Cake (Przekładaniec) i Kiss Kiss Bang Bang. In Bruges to dziwny film. Z jednej strony niby lekka produkcja o gangsterach, ze świetnymi dialogami i kilkoma naprawdę przyjemnymi scenami. Z drugiej zaś strasznie słabo przedstawione i naiwne rozterki moralne bohaterów, które nieco na siłę starają się zrobić z tego poważne gangsterskie kino. Jak ktoś lubi płaczących gangsterów, to film w sam raz dla niego 😉 ogólnie przyzwoita produkcja, ale uwiera mnie te na siłę wciśnięte rozterki. Największą zaletą In Bruges jest chyba Colin Farrel, z genialnym akcentem ;)Kiss Kiss Bang Bang – momentami trochę podchodzi pod komedię romantyczną, o bladym gangsterskim zabarwieniu i nie ogląda się źle, ale też bez rewelacji. To taki niezły film na niedzielę do rosołu. Można się rozerwać, pośmiać przy fajnych tekstach, zabawnych scenach i przewidywalnej fabule. Layer Cake – najlepszy z całej trójki. Fabularnie może nie zachwyca, ale wciąga i prezentuje się solidnie i spójnie. Widać, że swoje piętno odcisnął na tym Guy Ritchie – jest kilka dobrych zwrotów akcji, do tego fajne, dobrze zagrane postacie (najlepsza chyba jest kreacja Daniela Craiga, kojarzy mi się trochę z Jake’iem Greenem [Jason Statham] z Revolver, ale ligę słabiej :P) oraz dialogi w typowo brytyjskim stylu. Jest dobrze, warto obejrzeć.

  3. Weekendowe granie widać, ale za to do tego tematu można się dostać tylko przez „ostatnie” wiadomości po prawej. „Kinect rozwali Ipada” również nie widać.

  4. Jezus co wy za starocie pokazujecie? Może jeszcze Czarli Czeplina dacie? Co to seans dla tetryków? Może babcie i dziadka zawołać mam na seans? Zrobię im herbatkę z maliną i niech oglądają

  5. W następnym odcinku „Seansu. . ” daj sulla linka do „Gabinetu doktora Caligari”, też świetny „staroć” godny polecenia. „Metropolis” oczywiście mam, i to na trwałym nośniku, miłośnikom sci-fi nie trzeba polecać. A Moore’a znam z „Bowling for Columbine” i „Sicko”. Tematyka odmienna, ale sposób przekazu podobny. Moim zdaniem szkoda czasu na niego, ale może jak go ktoś w ogóle nie zna to Fahrenheit jest chyba najlepszym wyborem. A co do obejrzanych filmów, to z pamięci wymienię parę tytułów:1) Watchmen – zaopatrzony w pełną wersję reżyserską obawiałem się, że nie dotrwam do końca, poczuję przesyt. Zack Snyder stworzył „300”, który według mnie był niezłym filmem, ale nie byłem aż tak zachwycony jak niektórzy. Emocje opadły, a ja zapomniałem o nim na pewien okres czasu. W końcu jednak przemogłem się i mogę powiedzieć, że jest bardzo dobrze. Alternatywna wizja lat 80-tych, wspaniale nakreślone sylwetki bohaterów, zdjęcia i muzyka. Fabularnie rozegrana ze smakiem gra z widzem, który coraz głębiej wchodzi w świat stworzony przez Snydera i spółkę. Watchmen to film kompletny – taki po którym naprawdę czujemy, że warto było czekać. I oczywiście zero nudy, pomimo tego że sceny akcji są tutaj dawkowane oszczędnie. A jeżeli już są, to tylko pokazywać innym jak powinno się je robić. Ale nie warto się rozglądać za wersjami krótszymi, inaczej obraz staje się odrobinę chaotyczny. 2) Rule Number One – Chińskie kino grozy i tamtejsi reżyserzy nie mają kompleksów w stosunku do swoich kolegów z Japonii, Koreii czy Tajlandii. Niby kolejna opowiastka o duchach, ale zrobiona z wyczuciem i bez taniego efekciarstwa. I oczywiście plus za końcówkę i dwójkę głównych bohaterów. 3) Gozu – Takashii Miike jest jak kameleon, potrafi wyreżyserować horror, sensację, dramat,western , ale i nieobce mu jest też mainstreamowe kino w stylu ekranizacji Yattamana. Pełny tytuł filmu w wersji amerykańskiej to Yakuza Horror Theater: Gozu. Po jego obejrzeniu zrozumiałem, że nie był to przypadek. Historia dwóch członków Yakuzy jest miejscami tak dziwaczna, odrealniona, człowiek nie wie czasami co tak naprawdę widział. Oszczędne dekoracje i te Postacie. Miike stworzył niezapomnianą galerię dziwnych indywiduów i umieścił je na osi fabularnej. W dodatku miesza tak gatunki, że naprawdę ciężko jednoznacznie określić co oglądamy. Dla miłośników japońskiej kuchni ;). 4)Reeker – dwie części horroru z USA, które mnie pozytywnie zaskoczyły. Bo nie dość że w miarę nowe, to i dobre,hehe. Główny „zły” wyjęty z delirycznych snów twórców Stalkera (przynajmniej dla mnie pasowałby idealnie do nowej odsłony), świetny „pustynny” klimat i nocne zdjęcia, wreszcie umiejętne budowanie napięcia. Wprawdzie jest jeszcze parę tytułów, ale nie wszystko naraz, do następnego ;-).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ