Wycieczka życia do Meksyku, urodziny pierwszego (i kolejnego) dziecka, nowy samochód, no i oczywiście pierwszy w życiu seks. Są chwile tak przyjemne, że po prostu nie sposób ich zapomnieć. Tak magiczne, że wbijają nam się w umysł do końca życia i już nigdy nie odpuszczają. Być może zabrzmi to cokolwiek górnolotnie, ale są takie chwile, które na zawsze zmieniają nasze życie, nasze podejście do świata i nasze poczucie satysfakcji. Dla jednych jest to zobaczenie Mony Lisy albo zdobycie Mont Blanc. Dla innych – pierwsze piwko nad Wisłą albo skręt na imprezie u kolegi. Każdy inaczej przeżywa magiczne chwile i nie inaczej jest z graczami.

A tych growych momentów, dla których warto żyć, zwykle absolutnie się nie spodziewamy. Pierwszy frag z BFG po dwugodzinnym spinaniu komputerów ze sobą. Pierwszy raz, kiedy udało nam się w Civilizaton wynaleźć proch strzelniczy i pokazać Babilończykom, gdzie raki zimują. Niesamowite wprost objawienie, że oto – po 25 latach grania – nagle ktoś dał nam do ręki broń ostateczną i nie mającą nic wspólnego z bombą atomową. Mówię naturalnie o karabinie maszynowym, który na dole ma podczepioną piłę łańcuchową. Genialne i krwiste tak bardzo, że aż chlapie na ekran.

I ten ostatni przykład pokazuje, że nawet najwięksi weterani i najbardziej siwobrodzi fani gier wideo wciąż mogą oczekiwać na te „chwile, dla których warto żyć”. A ekscytacja i świadomość tego, że oto ten moment może nastąpić niemal w każdej chwili i na każdym kroku, jest fascynująca. Jak bicie serca przed pierwszą randką z najpiękniejszą dziewczyną na świecie. Jak wejście do tajemniczych korytarzy pod szkołą, z których w zeszłym tygodniu kolegów wyciągała Straż Miejska. Jak szóstka z angielskiego na maturze. Co kto lubi.

Czasem trzeba długo czekać na taki moment. Nie ma ich zbyt wielu. Ale są i tym bardziej smakują. Skoro wciąż pamiętam, że dziesięć lat temu, wisząc w na wpół zdezelowanym statku kosmicznym, z zapalonym ostrzeżeniem EJECT, udało mi się z półobrotu zniszczyć ostatniego wroga i z przekrwionymi oczami wrócić do bazy, to chyba warto poczekać kolejnych dziesięć lat na kolejny taki moment. Na kolejne, totalne zaskoczenie. Na kolejny miotacz płomieni w Return to Castle Wolfenstein i na kolejne Enemy Territory, które – choć wydawałoby się to niemożliwe – przekonało nas do deathmatchów drużynowych.

Warto poczekać dziesięć lat na moment dorośnięcia do zakupu konsoli (dobra, niektórzy twierdzą, że to wcale takie dorosłe nie jest ;). I warto poczekać na ostatni, desperacki szturm na wroga w Hearts of Iron, który zadecydował o zwycięstwie. I na pierwszy statek lądujący na Alpha Centauri. I na pierwszą lokomotywę elektryczną w Transport Tycoonie. „No, na to właśnie czekałem – teraz dopiero się rozkręcę!”

Czasem aż mi szkoda, że nie mam cybernetycznej pamięci i nie potrafię spamiętać więcej tych cudownych chwil, które mną growo wstrząsnęły. Ale nie ma sensu tego zapisywać, bo skoro nie zapisało się w mojej pamięci, to nawet najlepszy opis nie będzie w stanie przywołać tych emocji. Jak wtedy, gdy udało mi się pobić rekord mamy w Tetrisa na Gameboyu. Praktycznie zero grafiki. Praktycznie zero dźwięku. Ale bicie serca niepowtarzalne. Dla tych chwil warto żyć.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

11 KOMENTARZE

  1. dla mnie zasada jest iz ‚momenty’ – a przynajmniej te stricte zwiazane z samym graniem – zwiazane sa w wiekoszosci przypadkow z zakonczeniem jakiejs gry. moze nie ‚jakiejs’ bo co to za sztuka skonczyc wspolczesna produkcje, ale gier pokroju tower assault (tutaj oczywiscie mozna wstawiac mnostwo tytulow, ale nastepne co przychodzi mi do glowy to uparcie polskie tytuly jak misja i fred) – ktora to gra zabrala mi dobry rok zycia zanim ja pokonalem. a pokonalem ja grajac co-opa – na nieszczescie przyjaciel z ktorym gralem (zreszta to taki przyjaciel ktory przez dobre 2 szkoly tlukl ze mna dziesiatki tytulow, nieraz zarywajac cale nocki :)) padl doslownie na 5 minut przed koncem, oj zebyscie widzieli jego mine. innym przykladem moze byc diuk w wersji dzwiekowej baj lb ktorego zabralem na ktorys z lan party i wszystkim skopalem zady bo ci zamiast grac sie chichrali. . . no ale z drugiej strony nawet bez tego by dostali lomot. no i w zasadzie dostawali – zawsze ;p albo konsultacje telefoniczne z innym znajomym w srodku nocy kiedy nikt nie wiedzial co to jest internet – w sprawie jednej z zagadek logicznych w ultimie underworld – oczywiscie zaden z nas nie pojawil sie na lekcjach dzien pozniej. czy w koncu bardziej ulotne – a jednak momenty ktore doskonale pamietam – kiedy pierwszy raz zobaczylem – jeszcze na screenach w zachodniej prasie – nfsa1 czy flight unlimited. teraz nawet jakbym zobaczyl zdjecie z lasu/miasta/whateva z podpisem iz to screen z prezentacji nowego silnika id nie zrobiloby to na mnie nawet w polowie takiego wrazenia jak tamte tytuly. jak tak sie zastanowie to wychodzi na to ze jednak w glowie tkwia mi momenty nie tyle ‚growe’ co ‚okologowe’ – no ale moze to dobrze ze nie zassalo mnie na tyle do tego wirtualnego swiata zeby wzorem mojego kolegi z liceum zapytanego czemu nie chce jechac na wycieczke ‚gdzies’ – odpowiedziec: „a bo ja wole wirtualnych kolegow” 😉

  2. Wycieczka życia do Meksyku? Na pewno nie teraz :PO dziwo mam mało takich wyraźnych wspomnień związanych z grami. Na pewno do dziś pamiętam szok jak zobaczyłem Creatures 2 na C64, potem Mortal Kombat na speakerze, Duke Nukem 3D, potem długo długo nic i o dziwo niedawno wydany Crackdown cały czas siedzi mi w głowie. Nocek nigdy nie zarywałem, nienawidzę wstawać późno, w porze obiadowej. Masakra. Nie dość że noc zmarnowana to jeszcze następny dzień 🙂

  3. Momenty były 🙂 Skoro zagłosowałem na ‚Tak’ w ankiecie, to wypada opowiedzieć. Warcraft 3 : Grałem sobie na BNecie, jakimś pro-playerem nie jestem – ale pograć lubię. No i kiedyś odpalam sobie grę 3vs3, drużyny wyglądały na wyrównane (ja gram Nocnymi Elfami) ale tak się nieszczęśliwie złożyło, że w ciągu 5 minut obaj moi sojusznicy zostali zrushowani. Oh well. . . stwierdziłem, że poddawanie się jest be i że dotrwam do końca mimo wielu pmek pod tytułem ‚leave now n00b!’ i zacząłem się trochę barykadować. Warto nadmienić, że było to za czasów przed TFT, kiedy to Starfall siał przerażenie w sercach wrogów, a enty wieżyczkowe miały obrażenia oblężnicze. No i bunkruje się, bunkruje a poważny atak nie nadchodzi (samo takie nękanie – roztłukiwałem wieżyczkami, a bohaterowie przeżywali dzięki studniom). Zdziwiłem się trochę – we 3 by mnie zmietli. Ale trudno, zajmuje sobie drugą bazę (po sprzymierzeńcu) i tam też trochę się bunkruje. W międzyczasie wyjaśniło się, dlaczego mnie nie atakowali. Ktoś z przeciwnej drużyny wpadł na rewelacyjny pomysł, że fajnie takiego samotnego typa zamęczyć wieżyczkami i po swojej stronie zaczeli budować jakieś upiornie długie ciągi wieżyczek – masa tego była. No to skoro wieżyczki, to ja na to Balisty z przebijającymi strzałami i Chimery do niszczenia dodatkowych baz przeciwnika. Jakoś nie mogli się nauczyć, że warto obronę przeciwpowietrzną założyć. . . grunt, że ich kopalnie złota nie istniały nigdy długo i w końcu po skończeniu złota puścili poważniejszy atak. Ale ja miałem więcej kasy, wszystkie technologie wynalezione, sporo wieżyczek no i bohaterów na 10 poziomach (w tym PotM ze Starfallem) i całkiem przyzwoitą armię. Ich bohaterowie byli na 5-6, tyle co tam z creepów wykrzesali no i z tego kąsania mojej obrony. Po rozbiciu sił wroga ruszyłem z kontrą niszcząc i paląc wszystko po drodze. Satysfakcja po rozbiciu ostatniej bazy po 1. 5h gry była nie-sa-mo-wi-ta 🙂 Nie mam pojęcia czemu przybrali tak idiotyczną taktykę, ale jestem wdzięczny moim ówczesnym adwersarzom za pomoc w tworzeniu jednego z najważniejszych momentów mojej historii gracza :).

  4. Może nie są to w większości momenty z gier tylko raczej z życia gracza ale co mi tam, niech będzie trochę obok topicu :)1. Szok po tym jak zobaczyłem u kolegi Wolfenstien. 2. Moment gdy na chwilę przed upragnionym zwycięstwem w Civilization 1 na najwyższym poziomie trudności komp się wyłożył a save’ów nie robiłem (albo padły razem z kompem – już nie pamiętam). 3. Wygrana partia multiplayer – Laser Squad z kumplem (hotseat) na Commodore644. Chwila gdy wyciągałem z portfela 150 zł !!! na pierwszą oryginalną grę na PC – Duke Nukem 3D5. Red Baron 3D – kampania po prostu genialna (grałem tak że po śmierci zaczynałem od nowa). Samolot w strzępach, lądowanie gdzieś na polu, joy cały mokry i zdrowaśki żeby się udało bo inaczej kilka dni grania pójdzie w diabły. I udało się! W następnej misji lecę na patrol, wszędzie spokojnie, wysokość bezpieczna i nagle jakiś POJEDYNCZY zabłąkany pocisk opelotki urwał mi skrzydło . . . normalnie łzy w oczach :)6. S T A R C R A F T i chwila gdy zobaczyłem potencjał BattleNetu7. Mario & Sonic at the Olympic Games na imprezie ze znajomymi przez którą to grę mało się nie udusiłem ze śmiechu. Na szczęście się nie udusiłem i mam nadzieję, że dopiszę jeszcze wiele pozycji do tej listy czego i wam życzę

  5. Trochę by tego było, no ale jedziem z tym, co mi tak na szybko przychodzi do głowy:-Pierwszy, drugi, trzeci. . . szesnasty kolos w Shadow of the Colossus. Każde kolejne starcie to było coś absolutnie niesamowitego. A lot na skrzydle takie monstra nad taflą wielkiego jeziora. . . fucking amazing. -Ujrzenie intra Chrono Crossa. Tekst, który pojawia się na samym początku nawet teraz mam na tapecie i z uwielbieniem czytam go codziennie. . . do dzisiaj mnie ciarki przechodzą jak to oglądam. Najlepsze intro ever. -Każda sekunda spędzona z serią Metal Gear Solid. Dzięki Ci Hideo – jesteś niesamowity!-Miny kumpli, kiedy przegrali dwadzieścia walk z rzędu w Dead or Alive 2. -Sylwestrowy SingStar. Blur, The Offspring, Kasabian. . . ach, to były czasy ;)-Gra z mamą na Pegasusie w Mortal Kombat, Arkanoid, Galagę, z kuzynami w Prince of Persia. Łezka się w oku kręci ;)-Pierwsze uruchomienie PlayStation i Porsche Challenego. No i ta niesamowita konsternacja, kiedy po przesiadce z „Pegaza” próbowałem ruszyć strzałką w górę na D-Padzie, a tu „Porszak” ani drgnie ;)-Najświeższe, to z ubiegłej soboty. Włączyć z kolegami o 4 nad ranem Super Smash Bros. Brawl – totalna psychodela O_O

  6. Momenty. . . Najbardziej pamiętam te pierwsze razy. Magiczne chwile. Kiedy po raz pierwszy jako 2-3 letni dzieciak zobaczyłem u kuzyna „samoloty na kasety”. Doskonale pamietam swój pierwszy kontakt z elektroniczną rozrywką. C64 i jakieś właśnie „samoloty”, których tytułu chyba nigdy nie poznałem. Ciekawe jest to, że pamiętam, jak do niego przyjechałem, pierwszy raz zobaczyłem komodorca. Później przez kilka dni grałem, ale nic z tego nie moge sobie przypomniec. Dopiero dzień wyjazdu, osstatnie spojrzenie na klawiaturę i ta myśl: „chce to”. Kiedy już posiadałem własnego komodorca i uruchomiłem pierwszy napisany przez siebie program w Basicu. Później pierwsze przepisane z „instrukcji” linie kodu wyświetlające sprite’y (pamięta jeszcze ktoś ten balon?). . . Kiedy poczułem moc dual shocka. Grając u kolegi w jakąś Fifę. Bez uprzedzenia, nie wiedziałem co się dzieje. Myślałem, że coś popsułem : ). Pierwsze odpalenie dema Metal Gear Solid w bożonarodzeniowy poranek i ta melodyjka przy wejściu logo Konami, która, jak sie później okazało, pochodziła z Policenauts. Demo skończyłem dopiero wieczorem. Później przeszedłem je jeszcze kilkadziesiąt razy. Wakacje, kiedy z kuzynem nagrywaliśmy na wideo swoje mecze w ISSa. Później oglądanie i dogłębna analiza. Ogólnie zabawy z magnetowidem były świetne. Jeden z nas zakrywał oczy, drugi robił jakiś kaskaderski przejazd w Driverze. Niby był rozbudowany tryb replayów, ale wideo było lepsze. Mieliśmy ambicje nakręcić cały film na bazie pościgów z Drivera. Ale nie wyszło. O! I jeszcze motyw, kiedy jeden z nas operował gazem i hamulcem, a drugi kierownicą : ). Nieźle nam to nawet szło!Zapach Dreamcasta. I to przyjemne wycie po pierwszym uruchomieniu konsoli. Mój egzemplarz pachniał dobrych 5 lat. Później ten charakterystyczny zapach sie gdzieś przytępił. Kiedy zobaczyłem Raidena. Szok. Uchowałem sie przed jakimikolwiek spojlerami przez ponad rok!!! Kiedy zobaczyłem, zamurowało mnie. Ale koniec końców – polubiłem tą postać i zrozumiałem sens jej umieszczenia w grze. Kiedy odpaliłem GT3 i zobaczyłem replay (ten z bajeranckimi fitrami). Szczekę zbierałem kilkanaście minut. To był pokaz mocy PS2. Początek Beyond Good & Evil i ta walka w zwolnionym tempie. Nie potrafię opisać swojego zachwytu. To było wręcz idealne. Później zacząłem się zastanawiać, dlaczego w grach jest tak mało takich genialnych patentów. Pewnie jeszcze parę momentów by się znalazło. Choćby ten, kiedy wreszcie postawiłem obok domku szklarnię (Harvest Moon: BtN) czy granie w Wormsy na informatyce. Ale nie chcę sie rozpisywać ; ).

  7. coz, jak was czytam przypomina mi sie jeszcze sto innych momentow (w tym tygodniowa sesja w tekkena w 8 osob ;p) ale to co przypomnialem sobie czytajac twilitekida piszacego o dualshocku to byl jeden z tych numerow ktore spokojnie moznaby w filmie wykorzysat. . . mianowicie. . . zerwalismy sie z lekcji i poszlismy pomeczyc z kumplami do kumpla 😉 jakiegos pinballa (a w tamtym czasie dream i nastepcy rzadzili ;)) – byli z nami ludzie ktorych stycznosc z komputerami i grami byla lagodnie mowiac znikoma – no i siedlismy do gry, jeden z takich leszczy zaczyna grac no i gdzies mu sie kulka zablokowala na ekranie. . . a ten co ?? jak nie wypieprzyl w monitor z boku reka to malo go nie zrzucil z biurka 😀 tlumaczyl sie potem przyzwyczajeniem ze zwyklych flipperow 😉

  8. Jak tak się zastanawiam, to wiele było momentów bardzo satysfakcjonujących, ale jakoś każdy kolejny (pod warunkiem, że równie „mocny”) przygaszał nieco poprzednie. Kończyłem pierwszą część Civilization na kolejnych poziomach trudności i za każdym razem poprzednie osiągnięcie było jakby przesuwane w cień przez nowe. Zatrzymałem się na poziomie King, ale pewnie gdybym teraz ukończył ją na poziomie Emperror to i ten King poszedłby w niepamięć. Tak już mam, że zawsze chcę więcej i więcej. Przez to mało rzeczy się ostaje. Choć moment, w którym poraz pierwszy zobaczyłem animację postaci w Prince of Persia (wcześniej grałem tylko na C64) raczej zapamiętam do końca życia. No i kiedy pierwszy raz zagrałem w Sid Meier’s Alpha Centauri. Pomyślałem sobie wtedy, że lepszej gry (w tym gatunku) już nie będzie. Minęło 10 lat i rzeczywiście. . . nadal nie ma :-). Mam wielką nadzieję, że jeszcze trochę tych „satysfakcji” mnie czeka. Choć nowe gry już mnie tak nie „cieszą”. Skończę, nawet na wysokim poziomie trudności, i nic. Biorę kolejną. Teraz gry „przechodzę” zamiast je „zwyciężać” i może stąd to uczucie ;-).

  9. Do dzisiaj pamiętam pierwszego Need for Speed, demo otwierające i te nieosiągalne (wtedy ;)) samochody. Coś pięknego. A oczekiwanie na Heart of Darkness. . . fajne czasy.

  10. Jestem całkiem młody, jako że mam 13 lat, ale i tak wymienię te dwie rzeczy które zostały mi w pamięci mojego grania:Centrum galaktyki w SporeCały Beyond Good & Evil, oraz pokonanie ostatniego bossa po odwróceniu sterowania. Przeszedłem go przedwczoraj całego po raz pierwszy w życiu. Grałem w BGE 3 lata temu też, ale zatrzymałem się na etapie z Reaperem, bo się bałem co będzie dalej. Zresztą, nie wiem czemu w grach w których skradanie jest ważne to nie wiem czemu serducho mi bije strasznie. Spróbuję pokonać ten dziwny „stres” przechodząc po raz drugi BGE, albo Splinter Cella. 😉

  11. I ja się dopiszę z dwoma momentami, których nie zapomnę:1. Dostałem nowego procka (celeron 466) i podpinałem go razem z wujkiem cały wieczór. W końcu udało się i chcąc sprawdzić jak to działa odpaliłem sobie intro do pierwszego homeworlda (to z „Adagio for Strings” barbera w tle) i. . . szczęka opadła. Ten klimat, ta muzyka, do dzisiaj z przyjemnością do tego wracam. 2. Będąc gdzieś u rodziny pograłem chwilę w Call of Duty (a było to z rok po premierze gry). Gra mi się tak spodobała, że dwa dni później miałem już swój oryginał i ostro łomotałem. W misji Pegasus Day trzeba było bronić mostu przez parę minut przed nacierającymi niemcami, mniej więcej 1. 5 minuty przed końcem czasu zaczęło i się wydawać, że gdzieś tam w tle słyszę muzykę, która stawała się coraz głośniejsza, aby wraz z końcem misji zdominować stronę dźwiękową. Ten prosty w sumie zabieg powodował takie emocje, że i tak totalny zachwyt pomieszany z zakończeniem, że byłem z siebie dumny jak rzadko kiedy. Niesamowity moment i świetnie zbudowany dramatyzm, Dla takich chwil gram na komputerze. . .

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here