Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu gry komputerowe kojarzyły się ludziom z dziwacznym hobby, które uprawiały niektóre małolaty płci męskiej. Gra komputerowa była niechcianą sierotą w porównaniu z bardzo trendowymi rozrywkami, takimi jak kino, piątkowe imprezy czy surfing na Bałtyku. Gracze zwykle siedzieli zamknięci w swoich mieszkaniach w blokach, nawet w lipcu nie wyściubiali nosa poza dom, byli bladzi i śmierdzieli. No dobra, może nie wszyscy – ja po prostu tak bardzo lubię mówić o sobie ;).

A kiedy jakiś geek się już zestarzał i przestawał grać w gry komputerowe (nie licowało to zapewne z jego wysokim stanowiskiem i żoną, która nie rozumiała gier tak, jak cała reszta społeczeństwa), trafiał do sekty szarych sweterków, jeansów podciągniętych pod pachy, grubych oprawek od okularów i – o zgrozo – wąsów. Słowem – stosunkowo średnie dzieciństwo i okres dojrzewania (mieliśmy przynajmniej gry), zwykle było zastępowane szarą rzeczywistością, w której nie można się było przyznać do swojego (byłego) hobby.

I wtedy właśnie ktoś wpadł na genialny pomysł, żeby tych szarych obywateli, dwie lewe ręce do kobitek i całkowitych safandułów sportowych – odgeekować. Marketingowcy i projektanci gier pomyśleli, że gdyby dać graczom tytuły, w których niekoniecznie zamieniają się w brodatego krasnoluda z wielkim mieczem albo umięśnionego komandosa z Big Frickin' Gun (z których „normalni” ludzie się podśmichują), ale w których są najbardziej odlotowymi postaciami świata – ekstremalnymi deskorolkowcami, koszykarzami i snowboardzistami. Tak zaczęła się (mikroskopijna), ale jednak – rewolucja.

Oto bowiem gracze otrzymali dostęp do zakazanej kasty, jaką byli sportowcy EXTREME. Mogli pokazać całemu światu (a przede wszystkim sobie), że też potrafią wykręcić kickflipa, wykonać perfekcyjne ollie i że wystarczy założyć ciuch firmy ecko albo buty Osirisa i już pryszcze stają się bardziej atrakcyjne (Shaun White i Wayne Rooney są tego najlepszymi dowodami). Wystarczy spojrzeć na swoje nieatrakcyjne hobby z nieco innego punktu widzenia i już można pokazywać innym, że jest się osobą trendy, która w towarzystwie potrafi powiedzieć coś o fantastycznym, ekstremalnym i tajemniczym sporcie deskorolkowym, a nie tylko o nudnych i geekowatych grach komputerowych.

Dalej poszło już łatwo. Gracze zaczęli podchwytywać lansowate ciuszki i odzywki, wśród przyjaciół coraz łatwiej było im zabłysnąć fachową terminologią skejtów, a niektórzy potrafili się nawet dogadać z prawdziwymi przedstawicielami EXTREEMALNIE fajnej branży. Ci drudzy siłą rzeczy zwrócili uwagę na gry, sygnowane nazwiskami ich idoli (brawa dla Tony'ego Hawka, Shauna Palmera i Dave'a Mirry) i nagle okazało się, że fotka z kontrolerem do PlayStation 2 w ręce może być czymś naprawdę fajnym. Konsole szły do przodu, wizerunek gierczącego brudasa (kojarzony niestety przede wszystkim z pecetami) zaczął się kurczyć i… dziś granie na komputerze czy konsoli wcale nie jest powodem do wstydu.

I to nie Crysis, Bioshock czy nawet Call of Duty pozwoliły „nam” wyjść z ciemnej piwnicy zapomnienia i niezrozumienia. To właśnie takie serie jak Tony Hawk, FIFA czy Need for Speed wykreowały wizerunek odlotowego gracza, który jeździ na desce Burtona, montuje sobie do malucha system NOS i potrafi wykręcić niesamowite triki a la Ronaldinho. Co z tego, że w wirtualu? Duszenie małych dziewczynek dla Adama (nie mylić z naszym Adamem ;P) robi na przeciętnym zjadaczu chleba wrażenie mrocznych, niedostępnych, a nawet chorych umysłów graczy. Znane logo na koszulce mówi im – gry są fajne, przyjazne, kolorowe. Te gry się cieszą powodzeniem. I lubię je właśnie za to, że przyciągnęły do nas nie-graczy. A czemu Halo jest tak popularne? To już nie mam pojęcia 🙂

[Głosów:0    Średnia:0/5]

2 KOMENTARZE

  1. Ja tam szczerze mówiąc nigdy nie przejmowałem się opinią innych na temat gier. Ponadto, w momencie kiedy na rynku zaczęły pojawiać się gry w stylu thps2, to nie ja podkradałem się do świata cool ziomków, ale to oni wchodzili do przestrzeni, gdzie ja czułem się zdecydowanie pewniej, a oni mogli mi skoczyć :).

  2. Bo Halo to dobra gra. Ot tak po prostu. Jest jak produkcje Blizzarda, jak dłużej się przyglądasz tym bardziej dostrzegasz uproszczenia. Mimo wszystko całościowy efekt jest bardzo miodny. Poza tym Halo wprowadziło małą rewolucję. Po raz pierwszy chyba można było nosić tylko dwa typy broni na raz, co wymuszało na nas koniecznośc przemyślenia zestawu „ludobójka delux”. Po drugie to pojawiła się tarcza (patent powielony w kilku tytułach), która dzieki samoregeneracji co jakiś czas, uwolniła grę od wywrotki apteczek porozrzucanych po poziomach. Po trzecie można obić gębę ufokom za pomocą kolby naszej broni. Za prawdę powiadam wam, bieg w kierunku wroga wraz ze strzelaniem ciągłym ogniem zakończyny z chwilą wyczerpania magazynka uderzeniem kolbą to coś pięknego. Po trzecie gra wprowadziła udany tryb multiplayer na konsole i wogóle cały gatunek FPSna te urządzenia. Przedtem nikomu nie udało się wyprodukować FPSa na konsole, w którego dałoby się po ludzku grać. Po czwarte wspaniała muzyka i wpadająca w ucho melodyjka tytułowa. Po piąte wyraziste postacie wystepujące w grze posiadające własny styl, (Master Chief, Cortana, Johnson, Keyes) Po szóste jak na FPS nietuzinkowa fabuła, moim zdaniem lepsza niż w np. Far Cry. Jeżeli ktoś nie zgadza się ze mną, niech ściągnie sobie wersje demo Halo: Combat Evolved i pogra w multiplayer. Zawsze jest pełno serwerów, mimo że to wersja demo (o czymś to świadczy). Zresztą być może komuś uda się nawet mnie spotkać 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here