Jeszcze parę lat temu grałem praktycznie we wszystkie większe tytuły. Na szczęście dla siebie, pracuję w branży, w której gier nie brakuje i niekoniecznie rujnując budżet domowy można spokojnie zyskać dostęp do kilku czy nawet kilkunastu pięknie wydanych cudeniek miesięcznie. I kiedyś korzystałem z tego pełnymi garściami. Każda większa premiera (nie będę tu ściemniał, że grałem we WSZYSTKIE PREMIEROWE TYTUŁY) lądowała w napędzie mojego wiernego peceta, a ja godzinami zagrywałem się w to, co nowego i odkrywczego postanowili mi zaaplikować wspaniali twórcy gier.

Wtedy nieważne było dla mnie, czy gram w sportówkę, wyścigi, RPG, strategię czasu rzeczywistego czy jakiegoś fajnego FPSa. Brałem wszystko, jak leci – jeśli tylko nie zostało totalnie zjechane w recenzjach, jeśli tylko kojarzyłem tytuł z jakichśtam zapowiedzi i jeśli nie odrzucało mnie na pierwszy rzut oka – grałem. Od menedżerów piłkarskich po symulatory lotów. Od Metal Gear Solidowych (solidnych?) – stealthów po symulacje ekonomiczne. Od Train Simulatora po Theme Park – zagrywałem się aż do wytarcia kulki w myszce.

I bardzo to premiowało później w mojej pracy. Doskonale znałem większość najgorętszych tytułów, nawet jeśli ich nie przechodziłem od początku do końca, to sprawdzałem przynajmniej w połowie, w związku z czym argument „nie grałeś to się nie wypowiadaj” nie zadawał mi zbyt wielu bolesnych strat. Zawsze mogłem powiedzieć „a właśnie, że grałem” i co ważne – udowodnić to na wszelkie możliwe sposoby. Ja po prostu grałem niemal we wszystko.

Fast forward kilka lat później i co się okazuje? Że nagle wszystkie te opowieści o tym, jak to nad jedną grą siedzi się dniami i nocami okazały się być prawdziwe. Złapałem się ostatnio na tym, że gram w kilka ulubionych tytułów i dosłownie katuję je w każdej możliwej chwili. Nie interesuje mnie już tak bardzo świeżość i różnorodność – tłumaczę sobie, że lepiej grać w to, co się uwielbia i kocha, niż marnować czas na dobre gry, ale nie pasujące do moich preferencji. I nie mogę się nadziwić, skąd ta zmiana.

Wychodzi bowiem na to, że kiedy byłem młodszy, do gier podchodziłem z mniejszym entuzjazmem – po prostu grałem we wszystko co się da ze względów poznawczych, a nie stricte relaksujących. Częste zmiany tytułów były formą „ciekawości świata”, a czystą przyjemność stawiałem na drugim miejscu. W tej chwili podejście „trochę się namęczę, żeby odkryć, co też ludzie widzą w tej grze” jest nie do pomyślenia – po prostu wyłączam gierę po pięciu minutach i wracam do ulubionego w danym momencie tytułu. I nie, wcale nie gram mniej, niż kiedyś.

Może po prostu – nie wiedzieć kiedy – przybyło na rynku tyle tytułów, że nie sposób grać we wszystkie? A może wreszcie odkryłem sedno zabawy z grami komputerowymi? Że nieważne, czy w towarzystwie uchodzi się za kogoś, kto grał we wszystko i widział wszystko. Ważne, żeby przed monitorem, czy telewizorem doskonale się bawić. Podejście do gry jak do „produktu”, „narzędzia pracy”, „tworu korporacyjnej chciwości” jest dla mnie nie do zaakceptowania. To medium piękne i cudowne, wyzwalające emocje i opowiadające o świecie. Może kiedyś zanadto szufladkowałem gry. Na szczęście to się zmieniło.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

16 KOMENTARZE

    • Wstęp mogłeś sobie podarować 😉 teraz nam ślina leci i zazdrość nas zżera 😉

      Oj tam, ja czasem koloryzuję ;P Sylvestrem Stallone też nie jestem (wbrew pozorom) 😛

  1. W tym ujęciu to ja od zawsze jestem growym specjalistom. No może nie od zawsze – jak byłem sporo młodszy to moja akceptacja dla gatunków była większa niż teraz. Dziś na przykład nie zagram w żadną piłkę kopaną i w ogóle w praktycznie żadną grę sportową. A kiedyś Sensible Soccer był częstym gościem w stacji dysków mojej Amigi. Na dziś jednak jestem już graczem wyspecjalizowanym chodź sam zestaw gatunków, ulega z czasem pewnym modyfikacjom. Grywam głównie w CRPG, FPS’y, do tego tytuły zręcznościowe w typie Tomb Raidera lub Prince of Persji. Od czasu do czasu co ciekawsze tytuły z półki gier ekonomicznych i praktycznie wszytko co pojawia się w zakresie strategii turowych. I to zarówno tych taktycznych, gdzie kieruje pojedynczym odziałem, jak i tych z gatunku 4X. W RTS’y nie grywam wcale. Gry sportowe jak już wspomniałem tez odpadają. Wyścigi tylko pojedyncze sztuki, które mnie jakoś konkretnie zainteresują, a w dodatku są to ścigałki wyłącznie zręcznościowe. Platformówki i bijatyki daleko poza moją strefą zainteresowań. jCRPG tylko jeśli coś wyjątkowego – w efekcie ostatnia w jaką grałem to Final Fantasy VIII ( nie mam konsoli więc w ogóle do tego gatunku mam dostęp ograniczony ). I pewnie ten temat mógłbym klepać jeszcze przez jakiś czas wchodząc w coraz większe szczegóły aż w końcu doszedłbym do wskazywania ulubionych tytułów. Ale ten wywód już sobie odpuszczę. W każdym razie specjalizacja to dla mnie żadna nowość, ale mimo tego nie przywiązuje się do pojedynczych tytułów na lata. Dany tytuł z reguły istnieje dla mnie aż do jego skończenia lub znudzenia, a potem jeszcze jakiś czas jeśli ma interesujące multi.

  2. W moim kochanym mieście, w którym znam tylko kilku facetów, którzy grają sytuacja wygląda tak:Ja – RPG, strategieKumpel 1 – sportówki (FIFA, NBA, wyścigi)Kumpel 2 – EVE i tylko EVE. . . czasem jakiś RTSW efekcie nie mam z kim grać. . .

  3. FPS i to nie które, bardzo dobrze bawiłem sie przy COD4, całkiem nieźle przy Crysis. Ale na stałe mam na kompie tylko CSS i EVE. Czasem wracam do Fallout 2(na kilka godzin bo niestety gdy sie przechodzi grę już 30x to niema siły żeby sie nie znudziła). Kilka razy ukończyłem Mafie i nadal czasem mam ochotę sobie w to pograć. Ostatni RTS w jaki grałem to Tiberium Wars (tylko ze względu na przerywniki filmowe :D, Tricia Helfer OWNZ). I jeśli teraz miałbym sięgnąć po jakiegoś RTSa to tylko jeśli była by to 3 cześć Homeworlda. Na hdd mam tylko 3 gry(jak wspomniałem CSS, EVE oraz Wiedźmin)i co jest bardzo hmm budujące, jak na studenta mieszkającego w akademiku wszystkie są oryginalne :]Czekam na jakąś porządna przygodowe, coś w stylu Dreamfall albo Fahrenheit (to imo jedna z najlepszy gier jakie kiedykolwiek powstały).

    • Czekam na jakąś porządna przygodowe, coś w stylu Dreamfall albo Fahrenheit (to imo jedna z najlepszy gier jakie kiedykolwiek powstały).

      Aj, aj, szkoda, że – zwłaszcza ta druga – z przygodówkami mają niewiele wspólnego :-)A wracając do meritum. Mal, oddałeś świetnie moje odczucia, z tą drobną różnicą że ja miałem całkiem niedawno taki okres w życiu, że po prostu wszystkie większe tytuły chciałem MIEĆ w swojej kolekcji. A że czasu wystarczało tylko na tytuły recenzowane i ewentualnie jeden czy dwa ponadto mam teraz w domu gry, w które jeszcze nie miałem czasu zagrać. I niejedna osoba się zdziwi, jak napiszę, że mam jeszcze niezainstalowanego takiego Medievala 2, Neverwinter Nights 2, Company of Heroes, Titan Questa, Sid Meier’s Railroads czy Jade Empire. Ale co zrobić, kiedy każdy dzień trwa zaledwie 24h. A teraz mi przeszło. Na wyżej wymienione gry nadal nie mam czasu, ale przynajmniej nie kolekcjonuję tytułów, co do których nie czuję wielkiego parcia, żeby w nie zagrać. W zamian za to chętnie wracam do Guild Wars, Obliviona czy Age of Empires 3 i wreszcie sprawia mi przyjemność nie tylko pierwszych kilkanaście godzin grania, ale znacznie więcej. Czego to jest dowodem? Chyba wreszcie odkryliśmy o co w grach komputerowych tak naprawdę chodzi. I muszę przyznać, że sprawia mi to dużo radości :).

      • Aj, aj, szkoda, że – zwłaszcza ta druga – z przygodówkami mają niewiele wspólnego 🙂

        Po czym wnosisz? IMO wszystkie przygodówki powinny mieć w taki sposób budowania fabuły jak w Fahrenheit, to ze w połowie gra zamienia sie w akcje to inna sprawa. Jeśli twierdzisz ze np. Myst to taki naczelny przedstawiciel gier przygodowych, to heh, OK.

        • Po czym wnosisz? IMO wszystkie przygodówki powinny mieć w taki sposób budowania fabuły jak w Fahrenheit, to ze w połowie gra zamienia sie w akcje to inna sprawa. Jeśli twierdzisz ze np. Myst to taki naczelny przedstawiciel gier przygodowych, to heh, OK.

          może, ale przygodówki nigdy nei opierały się na bezsensownym klikaniu w 8przycisków (buuu!) a zawierały kilka/naście zagadek logicznych, z użyciem przedmiotów. Doszedłem właśnie do bezsensownego momentu skradankowego, i mam dosyć. . . Nie, to jest film interaktywny, a nie przygodówka. Dreamfall się kurzy. . . The Longest Journej zaliczyłem 2 razy, ale ta gra wiele traci przez sterowanie. Kupiłem za to pada Logitecha ( z którym pewnie lepiej by sie grało w owe „przygodówkopodobne” – patologia), i znowu nei można mnie oderwac od PES6 ;D Może jednak sksze się na wersję 2008. . . Moja specjalizacja? Szeroko pojęta gry zręcznościowe i przygodowe.

        • Po czym wnosisz? IMO wszystkie przygodówki powinny mieć w taki sposób budowania fabuły jak w Fahrenheit, to ze w połowie gra zamienia sie w akcje to inna sprawa. Jeśli twierdzisz ze np. Myst to taki naczelny przedstawiciel gier przygodowych, to heh, OK.

          Boże uchowaj nas od Mysta, bo to bardziej gra logiczna niż adventure :D. Tak jak napisał niżej Wujo444 dla mnie przygodówka to zagadki, zagadki i jeszcze raz zagadki, do tego ciekawa fabuła i zero elementów zręcznościowych.

  4. teraz powiem coś strasznego. . . ja sie ostatnio wyspecjalizowałem w . . . . zręcznościówkach zylooma na onecie. . . a chainz 2 mnie zassało ma max. Wiem. . . mięczak jestem bo to gry dla sekretarek 😉

    • Fahrenheit to w sumie jest action-adveture, czyli, jakby nie bylo – tez przygodowka 😛

      teraz powiem coś strasznego. . . ja sie ostatnio wyspecjalizowałem w . . . . zręcznościówkach zylooma na onecie. . . a chainz 2 mnie zassało ma max. Wiem. . . mięczak jestem bo to gry dla sekretarek 😉

      Ha, mam to samo, tylko, ze siedze caly czas na Gry.pl i cisne ostro z gospodyniami domowymi w Marble Mastery, od czasu do czasu przepijając to Bubble Machine. I feel causal 😉

      • Fahrenheit to w sumie jest action-adveture, czyli, jakby nie bylo – tez przygodowka 😛

        O to mi chodzi. . . Ale nie, „wszyscy” musieli podkreślić jak bardzo nie przygodowy jest Fahrenheit.

  5. Mam 17 lat. Kupiłem sobie komputer na poczatku października. Kupiłem go. . nie oszukujmy sie do grania. . . 2Gb RAM, quad i karta 8800 GTS dały mi niesamowite chiwle z tym co lubie robic najbardziej – graniem. Obiecałem sobie, że zalicze wszystkie lepsze tytuły tego roku. . . Udało mi się?? oceńcie sami. . . Ubersoldier – stare ale jare:DMoH: Airborne – hardCrysis – deltaBioshock – hardWorld in Conflict – normalCall of Duty 4 – pracuje nad weteranemGears of War – normalWiedźmin – hardreszty nie pamietam. . . . z tego w co chciałem zagrac pozostał mi tylko Lost Planet*a teraz zabieram sie za Overlorda. . . :Dale mimo tego wspaniałego sprzetu i wielu dobrych tytułów. . . nadal gram w. . . Bitwę o Śródziemie 2 Król Nazguli. . . Dziwne??

  6. Mnie ciagle przyciaga ta magia pierwszy raz odczuta w wieku chyba 7 lat przy automatach w Pobierowie (mniej – nie dopchalem sie do Formula1, i tylko w Galage popykalem) a potem przy C64 pod TV (bardziej – Microprose Soccer!). Oczywiscie dzis jest to juz odpowiednio mocny PC. Ale uczucie podobne. I taka sama u mnie chec do poznawania nowego, z tymze mi ona nie minela. Nawet w Biathlon i Hard Trucki gralem. To chyba cecha charakteru – nie wyobrazam sobie grania w jedna gre 7 dni z rzedu – to doslownie tak, jakby ktos kazal mi 4h sluchac jedna piosenke. Obojetnie jak ciekawa by byla po max 3 dniach organizm domaga sie odmiany i przerwy na cos innego 🙂 Jedynym wyjatkiem byl SWOS i pierwsza Civ, ale to po czesci dlatego, ze mialem wtedy slaby dostep do gier. PS. Fahrenheit jest bardzo malo przygodowkowy 😛

  7. no w koncu dorosles malacar ;]a tak powaznie to chyba wszyscy tak maja. dwano temu, za 7 gorami i lasami kiedy pojawila sie nowa gra nie tylko ja czy ty sie w nia zagrywales – zagrywali sie wszyscy. i tak jak mowisz – niewazne co to byla za gra, wazne ze byla i bylo co pokatowac przez te kilka dni (ktore z reguly wystarczaly zeby skonczyc kazdy tytul). teraz gier wcychodzi znacznie wiecej, dostepnosc ich jest lepsza, a my nie mamy juz takiego cisnienia zeby byc ‚king of the hill’ 😉 ja teraz gram w zasadzie juz tylko w crpgi, fpsy, scigalki, od czasu do czasu jakies strategie (w stulu civ najlepiej, albo warlords) oraz – co stalo sie zmora mojej zony – mmorpgi, bo przyciagaja one do siebie (oczywiscie konretne tytuly) ludzi podobnych do mnie – po 30-stce, z zonami, z praca, z duza ‚historia’ w graniu – po prostu ludzi patrzacych na swiat gier przez te same okulary co ja. raidowanie z uzyciem ts’a z takimi ludzmi jest bardziej wesole od jakiejkolwiek ‚zwyklej’ gry 😉 i chyba o to chodzi – zeby milo spedzac czas 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here