Ta recenzja nie może zacząć się inaczej jak od wspominek. Na Duke Nukem Forever czekaliśmy długie czternaście lat. Niektórzy podają inną datę, ale ja osobiście za cezurę uznaję wiosnę roku pańskiego 1997 kiedy to 3D Realms ogłosił, że trwają prace nad kontynuacją świetnego, lubianego i wyjątkowego Duke Nukem 3D. Gra miała się oryginalnie ukazać w okolicach roku 1998. Potem jeszcze w 2001 roku oznajmiono, że prace nad DNF trwają i „kiedyś się pojawi”.

Długo by strzępić język nad żałosnym festiwalem, który otaczał ten tytuł. Kolejne zmiany silnika (id Tech, a potem Unreal Engine), mętne zapowiedzi i tak dalej. Wreszcie nad „Djukiem” zapadła grobowa cisza i tylko od czasu do czasu słyszeliśmy o „trwających pracach” co środowisko branżowe traktowało raczej anegdotycznie – z pobłażliwym uśmieszkiem na twarzy. Tak mijały lata. Zmieniały się trendy, a gry z gatunku First Person Shooter przeszły spore przeobrażenie. Nikt nie wierzył, że kiedykolwiek zagramy w Duke Nukem Forever. Ja uważałem, że o premierę DNF’a pytać mnie będą moje wnuki.

Reanimacja trupa

Dość powiedzieć, że złożyć do kupy DNF’a postanowiło teksańskie studio Gearbox Software. Twórcy dodatków do Half-Life i całkiem udanej serii wojennych strzelanek Brothers in Arms postanowili zmierzyć się z rozbuchanymi oczekiwaniami, mirażem, legendą która otaczała tę wiecznie powstającą grę. Powiedzmy od razu, że musieli ponieść porażkę. Tak naprawdę Duke Nukem Forever powinien pozostać w jakby to określić… „sferze mroku” elektronicznej rozrywki. Będąc wiecznym (nie powstałym) fenomenem mógł być pomnikiem dawno minionej epoki. Ktoś jednak postanowił zarobić nieco zielonych banknotów i tak oto mamy bardzo wątpliwą przyjemność obcowania z tym tytułem. Jak widzicie nie owijam w bawełnę – zresztą ocenę już widzicie z prawej strony witryny. Chyba nikt nie jest zaskoczony?

No dobrze, ale jaki jest ten „Książę” w przysłowiowym praniu? Czy te czternaście lat czekania choć trochę przekłada się na przyjemność grania w Duke Nukem Forever? Większość recenzentów niemiłosiernie zdeptała ten tytuł choć zdarzały się też peany na cześć tej produkcji. Czytałem też opinie, że z oceną DNF’a niektórzy mają problem. Ja nie mam i od razu powiem, że to jedna z najgorszych gier tego roku. Żeby była jasność – grałem w wersję na komputery osobiste oraz na konsoli Xbox 360. Ta druga to już prawdziwy dramat. No, ale o tym nieco później.

Zacznijmy jednak od tego co oferuje Duke graczowi, który wydał na ten tytuł swoje ciężko zarobione, ewentualnie wycyganione od rodziców pieniążki (wstydźcie się!).

Viva Las Vegas!

Król Elvis śpiewał „Viva Las Vegas”, a więc gdzie mógł osiąść nasz dzielny bohater po tym jak skopał tyłki przebrzydłym Cykloidom? Duke ma swoje kasyno, Duke-jaskinię (Batman się chowa), ociekający luksusem apartament, seksowną pokojóweczkę a także własną grę wideo na Xboksa 360! Czy o czymś zapomniałem? Aaaa tak! Razem z naszym księciuniem mieszkają dwie rozkoszne babeczki. Bliźniaczki Mary i Kate Holsom spełniające wszystkie ekhem… oralne potrzeby naszego bohatera.

Jak widać Duke Nukem świetnie się ustawił. Kasa, zawsze chętne na „riki-tiki” dziewczynki i uwielbienie tłumów. Niestety po dwunastu latach po wydarzeniach znanych z Duke Nukem 3D przeklęci kosmici powrócili. Nad Las Vegas zawisł statek obcych. Telewizyjne show w którym miał wystąpić nasz bohater zostało odwołane. Co gorsza kiedy już… już bliźniaczki Holsom miały się pocałować z języczkiem zostały porwane, a bezczelni przybysze wychlali panu „D” całe piwo i na koniec zdemolowali pakernię.

Taka zniewaga krwi wymaga! Wyżłopanie piwa i porywanie naszych kobiet zawsze rozsierdzało naszego napakowanego sterydami blond-herosa. Duke rusza zatem na krwawą krucjatę. Kosmici srogo zapłacą za swoją głupotę.

Rozbawił cię ten opis? Jeśli tak to nie było to absolutnie moim celem. Wbrew pozorom Duke Nukem Forever nie jest zabawny. Ta gra to festiwal bezguścia i głupoty, a humor zaserwowany nam przez twórców trudno nawet nazwać koszarowym. Jest raczej kloaczny w najgorszym rozumieniu tego słowa. To jest właśnie to „jądro ciemności”, które sprawia, że Duke Nukem Forever to bardzo, ale to bardzo słaba gra.

Grałem we wszystkie produkcje z „Księciem” w roli głównej. Od wydanej w 1991 roku platformówki Duke Nukem poprzez konsolowe Time to Kill oraz Duke Nukem: Land of the Babes. Mam więc odpowiednie „papiery” do tego, aby stwierdzić, że DNF jest… badziewną parodią parodii. W dodatku bardzo nieudaną. W czym rzecz? Ot choćby przyjrzyjmy się naszemu protagoniście.

Książę, którego znamy z Duke Nukem 3D (a także ze wspomnianych już wyżej gier na konsole) to przedstawiony w krzywym zwierciadle bohater kina akcji o aparycji Dolph’a Lundgrena zmiksowanej z posturą Arnolda Schwarzeneggera. Duke to prawdziwy bohater Ameryki. Typowy macho. Żłopie piwsko, kocha futbol, uwielbia cycuszki i kulom się nie kłania. Wrogów USA traktuje z „buta”, a że to akurat kosmici to nie ma dla niego żadnego znaczenia. Djuk ma tez poczucie humoru. Trochę rubaszne i seksistowskie, ale zawsze zabawne. Ot taka typowa szowinistyczna świnia, ale nie bez uroku.

W Duke Nukem Forever to się zmieniło. Nie wiem kto zawinił i na którym etapie produkcji tej gry, ale prosty jak drut „rys psychologiczny” (ależ to brzmi!) Djuka zmienił się kompletnie. Nasz bohater to już nie uroczy, rozrechotany misio wkładający tancerkom Go-Go jednodolarowe banknoty za staniczek. Duke A.D 2011 to zwykły chamski skurwysyn pozbawiony poczucia humoru. Mizogin traktujący „dziewczynki” jak za przeproszeniem obciągary lub ekhem… materace. Chyba tak wyobrażają sobie Djuka nastoletni chłopcy mający bardzo „brudne myśli”.

Od razu zaznaczę, że nie oburza mnie to, ale taki dysonans w stosunku do poprzednich gier z Dukiem w roli głównej jest dla mnie absolutnie niezrozumiały. Kiedyś teksty naszego bohatera skrzyły się od humoru, a dziś Książę rzuca głupawy komentarz patrząc na groteskowe sceny z kobitkami w roli głównej dziejące się np. w ulu kosmitów, sapie i stęka jak brudny wieprz korzystając z „glory hole” w kiblu obskurnego baru i rzuca po ścianach g… pardon balaskiem wyłowionym z sedesu. DNF przekracza granice dobrego smaku udając, że to wszystko jest ” dobrym żarcikiem”. Niestety z humorem ma to niewiele wspólnego – z żenadą najgorszego sortu jak najbardziej.

To wygląda po prostu tak jakby Gearbox Software sklecając w jedno te wszystkie pomysły, które pęczniały od czternastu lat zapomniało o jednym – sukces DNF w drugiej połowie lat 90 polegał na tym, że gra miała wyrazistego bohatera, którego polubili fani na całym świecie. Niestety dzisiejszy książę to wulgarna, nieśmieszna karykatura postaci znanej sprzed lat. Co gorsza…

To nie jest gra w stylu Retro

Powtórzę tak żeby wszyscy zrozumieli! Duke Nukem Forever to nie jest gra retro, oldskulowy wypas, albo jak kto woli produkcja w „starym dobrym stylu”. DNF tylko nieudolnie udaje hity sprzeda lat. Wybaczcie, ale samoregenerujący się pasek życia nazwany tu dla draki EGO? Przepraszam, ale jak już chce się wracać do „starych, dobrych” czasów to trzeba być konsekwentnym i dać tym młodszym graczom posmakować gry, w której trzeba zregenerować zdrowie zbierając jakieś cholerne apteczki, a nie czekać za krzakiem na regenerację zdrowia! W ogóle twórcom DNF brak konsekwencji. Jak można do „Djuka” wprowadzać patent z nowożytnych strzelanek i ograniczyć ilość posiadanej naraz broni do dwóch sztuk? To jest K-S-I-Ą-Ż-Ę na litość boską, a nie cholerne HALO 3, czy inne Modern Warfare. A sama rozgrywka? Zabito to co w tej grze powinno być jej największym atutem. O co chodzi? O wygrzew. W DN3D najpiękniejsze było to, że gracz mógł szaleć, strzelać niczym szaleniec. W Duke Nukem Forever po władowaniu świniakom w rzyć kilku kulek z trójlufowego Rippera nerwowo rozglądałem się za amunicją. W dodatku te dylematy… Zatrzymać djukowy pistolet, czy zamienić na strzelbę? A może Railgun z celownikiem i wyrzutnia rakiet? Niestety takie wybory psuły mi kompletnie zabawę.

Naprawdę nie oczekiwałem od tej gry wiele. Liczyłem tylko na świetny gameplay. Niestety tu Gearbox Software zawiódł na całej linii. Rozgrywka w trybie dla pojedynczego gracza jest bardzo słaba i niestety nudna. Tak, nudna. A nuda moi drodzy to rzecz po prostu niewybaczalna w grze wideo.

Po pierwszej godzinie z DNF kląłem jak szewc. Chciałem gryźć i drapać ściany z frustracji. Dawno nie grałem w tytuł tak nędzny, nudny i bez polotu. Brnąłem jednak dalej i uczciwie muszę przyznać, że potem było odrobinę lepiej. Nie na tyle jednak, abym radykalnie zmienił moją negatywną opinię. Gdybym miał za przygody Djuka zapłacić w sklepie te 100+ złotych to wolałbym kupić sobie sznur i za przeproszeniem szanownych państwa – używając „djukowej” nomenklatury – powiesić się za kociego siurdaka na jakiejś suchej gałęzi.

No to może po sieci?

Kiedy już niemal dostawałem wymiotów i musiałem przerwać sesję w singlowego DNF przyszedł mi do głowy genialny pomysł. Przecież stary Duke, czyli Duke Nukem 3D był świetny w trybie sieciowej rozgrywki. Do dziś pamiętam jak spinałem się z kumplem kabelkiem i graliśmy w DN3D do nieprzytomności. Ba! Kto nie wie jak wyglądały cudowne sesje „po kablu” w takie gry jak DOOM 1/2, Blood czy DN3D nie wie co stracił. Tak więc odpaliłem w DNF tryb sieciowej rozgrywki. Co dostałem? Cztery tryby dla maksymalnie 8 grających osób – standardowy DM, drużynowy Death Match, Capture the Babe, czyli wariację CTF’a w „djukowym” stylu oraz King of the Hill nazwany tu Hail to the King. Do tego 10 map. Jak się grało w multi? Zamordujcie mnie, ale powiem krótko. Duke Nukem Forever to nie jest gra, którą się kupuje dla giercowania w sieci. Kolejna porażka. Płakać się chce po prostu.

Jest milion lepszych gier z trybem sieciowym. Obserwowanie pokracznych animacji naszych przeciwników (czytaj innych graczy-Djuków) było ponad moje siły. No właśnie tu dochodzimy do oprawy wizualnej Duke Nukem Forever.

XXI wiek się kłania…

Z naszego artykułu, który znajdziecie pod tym adresem wiecie już, że DNF ma bardzo małe wymagania sprzętowe. Ot dwurdzeniowy procesor, 1 gigabajt pamięci RAM i byle jaka karta graficzna wystarczy do odpalenia dzieła panów z Teksasu. Niestety pod względem wizualnym przygody Księcia nie mają zbyt wiele do zaoferowania. Modele postaci wyglądają jak w grach sprzed pięciu, a może i więcej lat. Tak naprawdę to dobrze wyglądają tylko same cycuszki roznegliżowanych pań, których w tym tytule są całe tabuny. Cóż… przynajmniej pod tym względem twórcy się postarali.

Projekty poziomów również trudno określić innym słowem niż marność, mierność i szczypta partactwa. Chyba tylko apartament naszego bohatera i bar z tancerkami topless przypadł mi do gustu.

Konsolowe konsololo

Duke Nukem Forever zawitał nie tylko na pecety. Także posiadacze konsol Xbox 360 i Playstation 3 mogą cieszyć się(?) przygodami Księcia. Ja miałem przyjemność testowania gry w wersji na PC i ocena wystawiona temu tytułowi odnosi się tylko do tej – dodajmy, że najlepszej – wersji. Dlaczego najlepszej? Konsolowe wydanie DNF, a przynajmniej to na konsolę Microsoftu jest po prostu tragiczne. Nie dość, że oprawa wizualna jest (co oczywiste) gorsza niż na pececie to w dodatku szwankuje sterowanie, a długie czasy ładowań zakrawają o jakąś farsę. Jednym słowem mówiąc: konsolowcy od ostatecznej oceny niech sobie odejmą jeszcze punkt, a nawet dwa! Co się będziemy szczypać.

Z ręką na sercu mogę uczciwie powiedzieć, że nikomu nie polecam konsolowego wydania Duke Nukem Forever. Jest tyle innych gier w które możecie zainwestować pieniążki!

Kończ Duke! Wstydu sobie oszczędź…

Moherowi obrońcy Djuka w skrócie MoD, którzy uaktywnili się pod niemal każdą recenzją Duke Nukem Forever zarzucają autorom, że są zaplutymi karłami reakcji skażonymi takimi tytułami jak Modern Warfare 2, Black Ops i tak dalej. Być może mają rację. Tylko co powiedzą osobom takim jak niżej podpisany? Ja nienawidzę modelu rozgrywki w grach FPS, które przybrało formę taką jak prezentują produkcje Activision co chyba udowodniłem ot choćby w recenzji BO. Jednocześnie krew mnie zalewa patrząc na takie partactwo jak Duke Nukem Forever. Grę, która jest wypaczeniem tego co obowiązywało kiedyś w strzelaninach z górnej półki.

Największym grzechem tej produkcji jest niestety to, że jest – jak już wcześniej wspomniałem – nudna. W tej grze nie bawiły mnie nawet liczne nawiązania do kultury masowej serwowane przez twórców. Nie uśmiechnąłem się widząc na stoliku kręcący się w nieskończoność bączek rodem z Incepcji. Napis REDRUM (zgadnijcie z jakiego to filmu?) w klopie sprawił, że zacząłem ziewać, a kiedy nasz bohater odmówił założenia zbroi jako żywo przypominającej tą, w którą odziany jest Masterchief stwierdzając, że cytuję: pancerze wspomagane są dla pizd to miałem już serdecznie dosyć tych przaśnych, wymuszonych dowcipasów bez krztyny uroku.

Na koniec powinienem napisać sakramentalne „jakieś pięć, siedem lat temu DNF byłby hitem”. Niestety. W takiej formie jak to co nam zaserwowano „Forever” nawet w prehistorycznych czasach byłby produkcją zaledwie średnią.

W 2003 roku na sklepowych półkach pojawił się Postal 2. Gra brzydka, parszywa, durna i kretyńska. I wiecie co? Lepsza od Duke Nukem Forever.

Więcej materiałów wideo z gry Duke Nukem Forever znajdziecie na naszym kanale YouTube. Zapraszamy także do naszej Wide(ł)o recenzji.

„J” Kot za redakcyjne pieniążki kupił sześciopak browczyków i ruszył do Las Vegas odwiedzić starego przyjaciela. Czego nauczył imć Kota największy mizogin wśród bohaterów gier wideo? Ot choćby tego, że dziewczynki są dobre tylko jako materace, a pancerzy wspomaganych podczas walki używają tylko zwykłe cipy. Tak cipy! Zapraszamy do recenzji gry Duke Nukem Forever

Plusy

Minusy

[Głosów:1    Średnia:5/5]
Książę i Kot – recenzja Duke Nukem Forever written by Jarek Kot dnia 22 czerwca 2011średnia ocen5/5 - 1oceny użytkowników

27 KOMENTARZE

    • Pieniądze na Dnf miałem odłożone od kilku lat 😉 Kupię jak będzie w koszu w markecie za 9. 99pln. Więcej nie dam

      Pewnie dlugo czekac nie trzeba bedzie, bo juz teraz klucz mozna kupic za 50zl 😛

  1. W ostatnich kilku dniach przeczytałem kilka recek DNForever i kudosy dla autora, że chyba jako jedyny zacnie wyłuszczył co i przede wszystkim dlaczego jest do dupy w tej gierce. Reszta kopała w dupę i co najwyżej pisała, że to ich subiektywna ocena co w internetowym znaczeniu oznacza mam was w dupieNo i eee jakoś mi umknęło, że Duke może nosić na raz tylko dwie bronie. Co za poracha. Nie kupię tego :<Też bardzo czekałem na Duka w DN 3D siepało się super. Eeech miałem 12 lat jak na moim szalonym 486 DX4 100mhz bardzo słąbo chodził Quake to znajomy ojca przyniósł DN 3D i się zaczęło 🙂

  2. No niestety, chyba po raz pierwszy muszę się całkowicie zgodzić z Panem Kotem. Gra jest słaba. Bardzo słaba i nie pomagają w jej odbiorze nawet sentymentalne wspomnienia. To nie jest Duke jakiego pamiętamy. Tutaj bohaterem jest jakiś nasterydowany dresiarz, z poczuciem humoru rodem z wiejskiej dyskoteki. Dodatkowo największym jej minusem jest to, co już wcześniej raczył napisać Kot – brak wygaru. Stary Duke to maksymalna rozpierducha, taniec pośród latających części anatomii kosmitów, radocha z rozwałki. Tutaj tego nie ma. Sam nie mogłem uwierzyć, że tak można spartolić grę. Pomyślałem sobie, że pewnie już zramolałem do końca i siłą rzeczy nie bawią mnie już podobne tytuły. Zły jak diabli odpaliłem więc stare, dosowe Atomic Edition i wiecie co? Jednym zamachem skończyłem 5 etapów i grało mi się dużo, dużo lepiej niż w to najnowsze „coś”, a to chyba najlepszy dowód, na marność najnowszego Duka.

    • Dlaczego Duke na tym wideo przytula się do ściany boxu w kiblu i stęka?

      Zapytaj dziadka 😉 Jak wie to czapkę z głowy pzed nim zdejmuję bo w niezły byłby kozak 😛

    • Dlaczego Duke na tym wideo przytula się do ściany boxu w kiblu i stęka?

      Wpisz sobie w google ‚glory hole’ może Ci to wytłumaczy 😉

      • Wpisz sobie w google ‚glory hole’ może Ci to wytłumaczy 😉

        A dlaczego jak się przyjżymy przez szpare do tego kibla widać twarz faceta?Co do samej gry – mierna jest i to bardzo. Najmilej wspominam etap w kuchni, kiedy byliśmy pomniejszeni reszta to dno tak 4/10 według mnie

  3. No cóż; to ja w takim razie czekam na to: http://www.dukenukemreloaded. com ;)Liczę że będzie wcześniej niż za 14 lat, bo raczej nie dożyję ;)A, poedytuję sobie jeszcze, a co. Tak mi się skojarzyło, że pierwszy Serious Sam też – jak dla mnie – miał w sobie coś fajnego, a później im dalej, tym gorzej. Zdaje się, że tworzą kolejnego. Ciekaw jestem jak to wyjdzie.

  4. piteq no właśnie SSam first i second encounter dawały radę. Potem do bani. Ja wiele od DNFa nie oczekiwałemi wiedziałem że będzie cienki, ale nie myślałem, że to aż taka kiła

  5. Tu MoD. Wlasnie przeszedlem demo (w pelniaka nie gralem) i musze powiedziec ze nie jest az tak zle. Pelna zgoda, ze nie powinni byli ograniczac liczby broni i powinny byc tez apteczki. Za malo jest tez amunicji. Nie podobaja mi sie tez takie chwyty jak rzucanie kalem (za bardzo poszli tu w strone Bulletstorma) i zarty okoloseksualne. Warto jednak wspomniec o kilku zaletach – przede wszystkim poziom trudnosci jest przyzwoity (gralem na normalnym), gra nie traktuje gracza jak idioty, nie ma zadnego kompasu, strzalki itd. , zagadki, szczatkowe bo szczatkowe ale sa i to tez mi sie podoba. Nie wiem jak by to bylo z monotonia, w demie pokazali m. in. walke z bossem, jazde samochodem i etapy zwykle (na piechote), wiec nie bylo tak zle. Nie ma tez chyba zbyt wielu skryptow, odbierania graczowi kontroli nad postacia, CoDowego „wcisnij W aby wygrac, jak nie wcisniesz W to zginiesz” pojawiajacego sie co 15 minut. QTE pojawiaja sie, ale chyba tylko przy wykanczaniu bossow?Ogolnie, szalu nie ma, ale gra ma swoje plusy i moze ja kupie w weekend

  6. Ja pograłem jeszcze troszkę wczoraj w pełną wersję i muszę powiedzieć, że jest nieco lepiej. Lepiej , ale naprawdę niewiele. Motywy z zamykaniem gracza w jakiejś lokacji i wypuszczeniem na niego hordy wrogów są po prostu debilne, nie znoszę czegoś takiego, a ograniczenie arsenału do dwóch rodzajów broni to już skrajne kretyństwo. Pomimo tego muszę zauważyć, że wygar z shotguna daje jednak trochę satysfakcji. Poziom trudności też dość wysoki, szczególnie w porównaniu z dzisiejszymi produkcjami. To ewidentnie dwa plusy. Zobaczmy jak będzie dalej. Grę w dalszym ciągu uważam za słabą, ale te dwie w/w sprawy zachęciły mnie do dalszej zabawy.

  7. http://i. imgur. com/PfbVg. pngPo tak długiej odsiadce niejednemu by się charakter zmienił na gorsze. Teraz czekamy na doktora Freemana, który pewnie zdążył zostać profesorem. Ogólnie dobra gra. W natłoku kolejnych FPS-ów tłuczonych na engine Unreala nie nudziłem się. Oczywiście ograniczenie ilości broni to debilizm i nie będę próbował tego bronić. Tak samo zresztą zdrowie i brak apteczek. Niechby to było chociaż tak jak w Fear 2, świat by się nie zawalił. W sumie to szybko rezygnuje się z „egzotycznych” pukawek typu shrinker, bo raz że mało amunicji, a dwa że nie są tak skuteczne jak poczciwa strzelba czy Ripper. Bronie laserowe obcych to porażka, jedynie Railgun jako substytut snajperki daje radę. Poziom trudności jest naprawdę dobry. Mowa tu oczywiście o najwyższym z nich. System checkpointów i wczytywanie po raz kolejny lokacji mogą niektórych irytować. A to przez zmienienie filozofii samej rozgrywki. Digital już napisał trochę o zamkniętych „arenach” walki, które przypominają trochę Serious Sama. Choć w tym drugim mieliśmy również duże przestrzenie. Patent z pomniejszonym Dukem – ciekawie rozegrane. Uciekanie pomiędzy słoikami przed chcącymi nas zdeptać obcymi – bezcenne ;). Dochodzą jeszcze zagadki na modłę tego co widzieliśmy w obu częściach Half-Life. Podobny poziom trudności, choć później ze względu na brak jakichkolwiek podpowiedzi czasami człowiek chodzi tam i z powrotem szukać wyjścia. Rozwiązanie zazwyczaj okazuje się banalne, ale to już druga strona medalu. Pewnie niektórzy powiedzą, że pasuje to do Księcia jak świni siodło, ale dla mnie były urozmaiceniem od regularnej sieczkarni. A rozwałka jest nad wyraz przyjemna, choć niektórych znanych ze starej wersji nie uświadczymy. Walka z bossami uległa zmianie. Tylko RPG,Devastatory i działka stacjonarne. Resztą broni możecie sobie podłubać w nosie. Tak więc biega się i strzela, strzela i biega . No i szybko przetrząsa skrzynię z amunicją,hehe. Czasami boss jest na raz, a czasami na dwie tury. Paradoksalnie, ostatni z nich, znany nam jednooki „Cysorz” jest łatwiejszy od poprzednich. A humor rzeczywiście jest. . . różny. Gówniany motyw na początku jest tak głupi i niesmaczny, że chyba musiał go wymyśleć jakiś programista-skatolog. W niektórych momentach są świetne kwestie, vide „I hate valve puzzles”. Brakuje co-opa. To mogło dać grze większego kopa. Wszak kiedyś, kiedy jeszcze Słońce było bogiem 3d Realms zapowiadało że Duke będzie miał współkompana płci żeńskiej. Koncept szlag trafił, a szkoda bo casus Borderlands pokazuje że można zapewnić dzięki temu grze długowieczność. Gearbox zrobili tak jak uważali że będzie najlepiej i ok. Oby przy produkcji kolejnej części wzięli to pod uwagę. Próbowałem DM i Capture The Babe. Ten drugi jak na razie mnie nie zachwycił, choć ja nigdy nie lubiałem CTF. Deathmatch jest przyjemny, dobry na krótkie codzienne posiedzenie gdy nie mamy w co grać lub chcemy sobie zrobić przerwę od „normalnych” tytułów. Jest pierwsza mapa z pierwowzoru, jak i również kuchnia w której wszyscy są pomniejszeni. Jest sytem motywacyjny z doświadczeniem i odblokowywaniem różnych pierdółek, ale to już się dowie ten kto spróbuje się zmierzyć z tą produkcją. No i słodki teledysk bliźniczek Holsom, prawie o nim zapomniałem.

  8. DNF to najwspanialszy, najdoskonalszy i najlepiej wykonany skok na kasę w historii gier wręcz majstersztyks!!! Szkoda tylko, że przy okazji wdeptano w błoto taką markę.

  9. roddev, marka jest rozpoznawalna tylko przez starszych graczy. Dla młodych DukeNukem z niczym się nie kojarzy. Co najwyżej z bajdurzeniem dziadka :)Pograłem jeszcze kilka godzinek, ale zabawa przy tym przypomina pozbywanie się ciężkiego zatwardzenia. Gra jest tak toporna i tandetna że aż w dupie boli.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ