Tarn Adams to taki zwykły facet. Z wykształcenia matematyk, z pasji programista. Mieszka gdzieś na szeroko pojętym zachodzie. Lubi koty. Pisze z bratem własną grę komputerową. Tylko jedno ale – ta gra to jedna z najbardziej złożonych symulacji społecznych ostatnich lat. Internet oszalał na jej punkcie.

Przez bardzo długi czas gra Tarna i Zacha Adamsów umykała uwadze bezimiennej masie internautów. Być może było tak z racji na tytuł, który w pełnej okazałości brzmi Slaves to Amok: God of Blood Chapter II: Dwarf Fortress. Inną przyczyną może być fakt, iż Dwarf Fortress nie posiada grafiki, zadowalając się w pełni znakami ASCII. Czynnikami odstraszającymi mogą być również poziom trudności, brak interface’u i zero dźwięku. Dlaczego więc Tarn wyciąga ze swojego projektu nieraz 16,000$ miesięcznie?

Co może 20 MB

Dwarf Fortress rzuca cię na głęboką wodę od samej początki czegoś, co teoretycznie można nazwać rozgrywką. Najpierw generujesz świat, a wraz z nim ponad tysiąc lat jego historii i biografie kilkudziesięciu tysięcy postaci. Niczym w scenie z filmu Wehikuł Czasu, patrzysz na rozwój i upadek ścierających się ze sobą cywilizacji. Nie wiadomo, jak to się skończy – za każdym razem otrzymujesz swój własny, unikatowy Tamriel. Wcielasz się w rolę lidera ekspedycji krasnoludów, wysłanego w świat z jedną misją – stworzenia nowej fortecy, generującej przychód dla twojego Górskiego Domu.

Po wybraniu miejsca i wyjęciu zapasów z wozu, trudność rośnie w trybie geometrycznym. Krasnoludy mają nie tylko wiele potrzeb, ale również unikatowe biografie i preferencje. Choć na początku martwisz się tylko uzyskaniem drewna na łóżka i ziół na produkcję alkoholu, szybko okazuje się, że groźne otoczenie wymaga więcej wszystkiego – metali na broń, materiałów na bandaże, wiader na wodę, łańcuchów do studni, magmy do pieców… Ani się obejrzysz, a forteca zamieszkała jest przez 200 niezależnych istot.

Niektóre są pracowite. Niektóre zostają alkoholikami. Niektóre doznają boskiego natchnienia, wariują, atakują napotkane dziecko ukradzionym blaszanym wiaderkiem, zabijają powszechnie kochanego szeryfa, który próbuje jedynie wywiązać się ze swoich obowiązków i dokonać aresztowania, doprowadzjąc tym samym do powszechnej rozpaczy i dalszej spirali morderstw, i wreszcie niszczą pompę, która doprowadza wodę z pobliskiej rzeki, powodując zalanie fortecy i utopienie większości jej mieszkańców, a wszystko to w czasie wielomiesięcznego oblężenia goblinów. Cała nadzieja w tym, że zanim forteca umrze (taki jej los, gra nie ma końca), jakiś zdolnym rzeźbiarz uwieczni twoją podobiznę na ścianie, pod którą umrze.

Dwarf Fortress to menadżer i symulator w jednym, ale również The Sims na heroinie. Fani zapisują historie swoich fortec i dzielą się nimi w sieci, gdzie zdobywają one popularność dotychczas zarezerwowaną dla wiralowych klipów wideo rodem z Youtube. Jeden człowiek dokonał tego, co potężne Electornic Arts próbuje od nie wiadomo, jak dawna. Bez idiotycznych zachęt i pustych obietnic był w stanie zgromadzić tysiące fanów rzetelnie zakochanych w jego grze.

Adams wypełnił w ten sposób niszę powstałą w wyniku agresywnego rozwoju gier imprezowych, wysiłkowych i generalnie zabawowych. Wielu growych dziennikarzy jest wręcz zdania, że działo Adamsa zawstydza głęboko współczesnych developerów gier. W dobie, gdy większość tytułów wymaga wciśnięcia sekwencji przycisków, aby otrzymać nagrodę w postaci achievementu, złożone gry, w które musisz zaangażować kilka dni na naukę podstaw ich obsługi, odeszły w zapomnienie. Skutkiem jest pewna rozwiązłość graczy, skaczących między tytułami niczym pracownik GPW między zwiewnymi dziewkami zamieszkującymi warszawskie kluby muzyczne.

Rewolucja od dołu

OpenTTD – tak zlozone, jak chcesz

Dwarf Fortress ukazuje pewien coraz bardziej aktywny trend. Większość graczy łaknie produktu łatwego, przystępnego i zjadliwego, coś na wzór elektronicznego Big Maca. Równocześnie jednak zawsze istnieć będą grupy gotowe powiedzieć głośno „nie” na propozycję takiego dania, wolące poświęcić czas i pieniądze na powolne i ostrożne pochłanianie elektronicznego odpowiednika Casu marzu. Skoro jednak mamy na świecie więcej graczy, niż kedykolwiek wcześniej, oznacza to tyle, że mniejszość wcale nie jest taka mała. Skoro w kupie siła, to z pewnością stworzenie własnej gry nie może być aż tak trudne.

Niegdyś młodzi i zdolni ludzie robili mody. Dziś, znudzeni brakiem aktywności developerów, działających pod dyktatem ewentualnych przychodów, biorą sprawy w swoje ręce. Internet to świetna platforma do współpracy nad projektami, a fakt, że każdy z nas ma niemal nieograniczoną bibliotekę wiedzy na wyciągnięcie nosa oznacza, że nawet moja babcia jest w stanie napisać prosty symulator gry w kanastę, o ile poświęci projektowi kilkanaście godzin i zaprosi do współpracy sąsiadki.

Świetnym przykładem są tu społeczności zgromadzone wobec gier powstałych w latach dziewięćdziesiątych. Pozostawieni sami sobie fani serii Transport Tycoon Deluxe zaczynali skromnie od autorskich patchy, dodających stopniowo coraz bardziej złożone elementy rozgrywki. Obecnie ich open source`owy Open TTD jest nie tylko nieskończenie lepszy od pierwotnej gry, ale również w pełni darmowy.

Minecraft – dla ambitnych

Wikipedia posiada listę setek podobnych projektów. Jeżeli kochasz Master of Orion i uważasz, że Galactic Civilizations to jedynie rysunkowa namiastka, wystarczy wyszukać informacje o projekcie FreeOrion. Masz dosyć Flight Simulatora? Ściągnij Flight Gear i pomóż w developmencie. Doom z elementami RPG? Proszę bardzo – ściągnij Doom RL.

Możesz również spróbować czegoś nowego – tytułów podobnych do Dwarf Fortress jest w sieci na pęczki. Twórca gry Minecraft poświęcił jej początkowo jedno popołudnie. Zainspirowany dziełem Adamsa, stworzył program, umożliwiający, tu cytat, „bieganie z kamiennymi klockami, uciekanie przed szkieletami, albo coś w tym stylu”. Do dziś trudno powiedzieć, czym Minecraft dokładnie jest, ale odblokował on twórczość wielu graczy. Są oni gotowi na wspólną budowę blokowych konstrukcji po kilka godzin dziennie. Dostęp do wersji deweloperskiej, dającej jedynie możliwość wcześniejszego dorwania się do najnowszych poprawek, wykupiło ponad 60.000 osób.

Czemu Dwarf Fortress to nie The Sims

Autorzy gier spod znaku “indie”, czy też “homebrew” przypominają nam o tym, co w grach najważniejsze. Źródłem każdego wielkiego dzieła jest świetny pomysł – produkt kreatywności autora. Ponieważ każdy z nas posiada jakąś jej cząstkę, jesteśmy w stanie korzystać z jej dobrodziejstw bez uprzedniego przygotowania. Wystarczy rano zwlec się z łóżka. To, co od rana nie jest nam dane, to wielomilionowe budżety i możliwość wmuszania naszej wizji rozrywki w gardła mas. I tu rzecz zaskakująca – zapomnieni przez developerów, zmuszeni do zaprzęgnięcia własnej kreatywności, fani pewnych gatunków odkrywają, że są w stanie robić rzeczy lepsze, niż potężne konglomeraty.

Sytuacja dziś jest o tyle ciekawa, że nie wydając ani złotówki jestem w stanie zapełnić swój plan rozrywkowy na conajmniej miesiąc. Mogę przy tym założyć, że w tym okresie nie zobaczę ani jednego niesamowitego filmu CGI z pod ręki jakiegoś japońskiego studia magików od ruchomych obrazków. Nie powali mnie złożona z wielu milionów polygonów panorama doliny wypełnionej dinozaurami, stworzona przez kanadyjskie studio zatrudniające samych grafików z Hollywood. Nie usłyszę wreszcie głosu Bruce’a Willisa, drącego się na mnie w czasie komputerowego, licencjonowanego meczu hokeja.

Przeżyję jednak niesamowite przygody, o których będę chciał opowiadać znajomym.

Autor: Krzysztof Kania

[Głosów:0    Średnia:0/5]

10 KOMENTARZE

  1. OTTD ile ja godzin przy tej grze spędziłem, najpierw kilka dni musiałem się nauczyć o co w ogóle chodzi. Nadal często do niej wracam. Można nawet grać z przyjaciółmi przez neta to jest dopiero radocha :DA tak w ogóle to dobry artykuł, czytałem z zapartym tchem

  2. Świetnie się czytało, więcej takich a Valhalla wypełni niszę dla dobrych stron traktujących graczy poważanie. Może na tym nie zarobicie ale będę was odwiedzał 😉 Co do wymienionych gier, OPENTTD od dawna u mnie gości. Dodatkowo większość gier wymienionych w artykule działa na macu. Właśnie pobieram Free Orion – chętnie zobaczę co mnie ominęło (za czasów master of orion jakoś się w to nie zamontowałem, Transport Tycoon wtedy rządził razem z Colonization)

  3. warto jeszcze wspomniec o rougelikeach jak ADOM czy angband badz nethack. a dwarf fortress to jest potezna gra. . . i swoja zlozonoscia wbrew wszelkim pozorom zagina chyba wszystkie komercyjne pozycje na rynku. . .

  4. Tytuł gry to Slaves to ARmok: God of Blood Chapter II: Dwarf Fortressnie amok, właśnie się do niej zabieram :)A ADOMA to męcze już kilka lat z przerwami, teraz nosze go na penie i jak się nudze pokonuję kolejne poziomy 🙂

  5. Heh, mi tez od razu przypomnial sie ADOM 😉

    za czasów master of orion jakoś się w to nie zamontowałem, Transport Tycoon wtedy rządził razem z Colonization

    Dodalbym do tego Master of Magic i Pizza Tycoon.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ