Być może jesteśmy już ostatnią branżą, w której można osiągnąć sukces bez pieniędzy, ale choć myślałem, że od dobrych kilku lat jest to niemożliwe, jedna, mała gierka – a raczej jej historia – zmieniła moje podejście. Obudził się we mnie ten dawny romantyk, a twarde fakty dały mi nadzieję, że można jeszcze osiągnąć średniej wielkości sukces, nie mając nic.

Ręcznie gryzmolone graficzki, niedopracowane zdjęcie stołu, a ile zabawy. Atakujące hordy geometrycznych kształtów, których jedynym celem jest przejście z góry ekranu na dół i tym samym – pokonanie nas. A my mamy do obrony tylko tytułowe wieże obronne, które trzeba umieścić tak, żeby złowrogie figury się nie przedarły. Chybe trudno o prostszy pomysł. A jednak – jakże genialną grą jest Desktop Tower Defence.

DTD samo w sobie nie wciągnęło mnie aż tak bardzo, jak niektórych – choć z drugiej strony fakt, że poświęciłem grze kilka wieczorów już świadczy o jej ciekawym temacie i zdolnościach uzależniających. Jeszcze bardziej od samej rozgrywki fascynuje mnie jednak fakt, że w dzisiejszych czasach udało jej się stać swojego rodzaju masowym fenomenem, w który grają miliony. Super.

Wynalazca, czy też twórca Desktop Tower Defence tak naprawdę nie wymyślił tej gry – swój początek ma ona w Warcraftowych modach, których twórcy zostali już dawno zapomnieni przez historię. Ale przykład Paula Preece'a pokazuje, że nie trzeba mieć pieniędzy, nie trzeba być świetnym grafikiem, nie trzeba nawet umieć za dobrze rzeźbić we flashu, żeby zrobić ogólnoświatowy hit. Wystarczy odrobina samozaparcia i wiara w to, że się uda.

A stąd już tylko krok do sukcesu. W ciągu niecałego roku Desktop Tower Defence pobrane zostało 70 milionów razy, a z dobrowolnych datków pan Preece, wraz ze swym wspólnikiem – Davidem Litskym – zdołał utrzymać siebie i swoją firmę. Tak, tak, z tej prymitywnej – powiedziałby ktoś – gierki flashowej, dostępnej za darmo w Internecie. Marzenia się spełniają!

Ta gra to nie tylko sukces – to wręcz mania! Jeśli dobrze przeszuka się internet można znaleźć wypowiedzi graczy, którzy twierdzą, że Desktop Tower Defence wciągnął ich bardziej, niż niejeden World of Warcraft czy inny topowy tytuł z wielomilionowym budżetem. Na tle „tałer difensowym” wybuchają kłótnie, a rywalizujący ze sobą graczę obrzucają się epitetami gorszymi, niż wśród kierowców w godzinie szczytu. Żony narzekają, że mężowie częściej siedzą przy DTD, niż przy Championship Managerze, a najbardziej pochłonięci zawodnicy z szaleństwem w oczach obliczają, ile jeszcze godzin muszą przesiedzieć i punktów zdobyć, żeby wejść na sam szczyt.

A ja się założę, że gdyby David Preece był osobą tylko trochę mniej wierzącą w swoje siły i gdyby nie odważył się samemu nagryzmolić grafik w DTD, tylko na przykład poszedł ze swoim (nie swoim) pomysłem do szanowanego wydawcy, to zostałby wyśmiany i odesłany z kwitkiem. Ale zrobił grę sam, pokazał, że pomysł chwycił, więc teraz tylko czekać, aż jakiś sprytny strateg z logo super wydawcy zauważy, że trzeba zrobić podróbkę Desktop Tower Defence, tyle że z fajną grafą i Scooby-Doo na okładce. Ale bądźmy spokojni. Skoro się da, to na pewno takich Davidów Preeców na świecie będzie więcej.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here