Dawno, dawno temu. Za siedmioma górami, za siedmioma lasami i siedmioma rzekami, była sobie gra. Ważyła zaledwie 40 megabajtów, a mimo to wydawała się większa i ciekawsza od wielu mających wielomilionowe budżety produkcji, wypełniających płyty DVD po brzegi. Gra ta nazywała się Puzzle Quest: Challenge of the Warlords. Wspominam ją dziś, ponieważ w ręce wpadł mi inny niewielki tytuł, który jest moim zdaniem cichym hitem tego roku.

„Panem et circenses” wołał plebs rzymski dwa tysiące lat temu. Dlaczego? Bo niezwykle brutalne walki gladiatorów budziły podziw i lęk wśród obserwujących je widzów, a ludzi zawsze pociągało to, co przerażające. Wraz z upadkiem Imperium Romanum zniknęli również herosi areny. Czy aby na pewno? Ludzie z Bizarre Creations w swojej nowej produkcji przekonują nas, że jednak nie.

Prawie każdy choć raz w życiu marzył o tym aby być obrzydliwie bogatym. Pewnie nie raz też zastanawialiście się co byście robili gdyby na waszym koncie w banku figurowała siedmio- (lub więcej) cyfrowa liczba. Jeśli wciąż nie wymyśliliście co można zrobić z taką górą forsy, a nie macie pod ręką numeru telefonu Billa G. odpowiedzi udzielą wam ludzie z Bizarre Creations. Moglibyście…

Spis treści

Bogaty klubowicz

…wrócić do Imperium Romanum. Może nie w sensie fizycznym, ale poprzez możliwość uczestnictwa w zawodach gladiatorów XXI w. Oczywiście w charakterze widza – przecież nie chcielibyśmy, aby ubrudził nam się garnitur. Jak wszyscy wiemy z walkami gladiatorów jest jeden, ale za to poważny problem – są brutalne i najczęściej po wszystkim pojawia się kłopotliwa kwestia „co zrobić z ciałem/ciałami”. O ile w czasach cesarstwa nie stanowiło to najmniejszego problemu, a owa brutalność była powszechnie akceptowana o tyle w dzisiejszych „cywilizowanych” czasach jest to niedopuszczalne. Na szczęście dla nas, inne prawidło głosi, że nie ma rzeczy niemożliwych, a wszystko jest wyłącznie kwestią ceny. W myśl tej filozofii najbogatsi i najbardziej wpływowi ludzie naszych czasów skupili się z tytułowym Klubie – tajnej organizacji, która podjęła się organizowania zawodów na miarę starożytnych walk gladiatorów.

Z giwerą za kółkiem?

Walka – esencja The Club

Jednym z najistotniejszych pytań jakie należy postawić w przypadku The Club to pytanie o to, czy ludzie za niego odpowiedzialni dowiodą swojej wartości. Studio Bizarre Creations znane jest wszystkim graczom jako producent słynnej serii Project Gotham Racing. Czy specjaliści od wyścigów będą w stanie zaoferować nam dobrą strzelankę?Pomimo lekkich obaw moim zdaniem taka sytuacja może wyjść The Club na dobre. Wszystko wskazuje bowiem na to, że ludzie z Bizarre Creations intensywność rozgrywki w wyścigach chcą przenieść na płaszczyznę produkowanej właśnie gry. Co z tego wyniknie?

Magiczna ósemka

Z nieznanych mi przyczyn twórcy gry wyjątkowo upodobali sobie ósemkę. W grze będziemy mogli wcielić się w jednego z 8 współczesnych gladiatorów. Rekrutują się oni z różnych środowisk i krajów – wszak charakter Klubu jest jak najbardziej międzynarodowy. Zagramy więc Dragovem – ruskim twardzielem, którego głównym atutem jest siła i wytrzymałość. Nieco inaczej będzie grało się Renwickiem byłym nowojorskim gliniarzem, który jest dużo bardziej zrównoważoną postacią niż rosyjski kolega, a jeszcze inaczej Seagerem – zwolennikiem sportów ekstremalnych, który opiera swój potencjał przede wszystkim na szybkości i wytrzymałości. Pozostałe 5 postaci wciąż pozostaje tajemnicą, jednak jak możemy przypuszczać każda z nich będzie unikalna. Trzy współczynniki, o których wspomniałem (szybkość, wytrzymałość, siła) będą determinować sposób naszej rozgrywki, sprawiając, że zabawa po wybraniu nowej postaci będzie zupełnie inna – przynajmniej tak obiecują twórcy gry. Jeśli faktycznie obietnice zostaną spełnione raz wypracowany przez nas combat style nie na wiele się zda w chwili zmiany postaci – a my znów będziemy mieli frajdę „uczenia się” na nowo gry.

Druga magiczna ósemka to areny, na których przyjdzie się nam zmierzyć z wyzwaniami stawianymi przez Klub. Ma być ich właśnie osiem i mają być rozrzucone po całym globie. Walczyć będziemy w opuszczonym dworze, w budynkach fabrycznych, więziennych, kanałach czy nawet na oceanicznym liniowcu. Areny mają być pokaźnych rozmiarów, a każda z nich dzielić się będzie na 6 poziomów, do których będziemy uzyskiwać dostęp zaliczając kolejne zadania (wyrabiając odpowiednie limity punktowe).

Ostatnia ósemka to ilość trybów gry w opcji multiplayer. Choć niewiele jeszcze na ten temat twórcy zdradzili zabawa wieloosobowa zapowiada się ciekawie. Wiemy na pewno, że będzie można zmierzyć się w 4 osoby na podzielonym ekranie – tego typu zmagania zawsze wywołują sporo emocji.

Morderczy racing

Wspominałem już o tym, że ludzie z Bizarre najwyraźniej będą chcieli przenieść dynamikę gier wyścigowych do TPSa. Jak? The Club nie będzie typową strzelanką, z kolejnymi misjami do pokonania i na siłę doczepionym wątkiem fabularnym. Ten tytuł jest nastawiony na czystą akcję. Pojedynki, które będziemy toczyć, będą trwały ok. 3-4 minut. Co więcej gra będzie nas zmuszać do morderczego tempa rzezi. Każde zabójstwo to punkty jednak zaraz po ich uzyskaniu odlicza się czas do następnego „killa”. Jeśli interwały będą zbyt długie punkty zaczną topnieć niczym śnieg pod wciąż ciepłym ciałem jednego z naszych przeciwników. Im dłużej będzie toczył się pojedynek tym akceptowalne przerwy między zabójstwami będą krótsze. W efekcie gracze chcący uzyskać dobry wynik będą przez cały pojedynek musieli w szaleńczym tempie wysyłać wrogów na tamten świat.

Im efektowniej to zrobią tym więcej punktów otrzymają. O co chodzi? – spytacie. W The Club nie wystarczy zabić. Trzeba to zrobić w sposób pomysłowy i efektowny. Każde takie zachowanie będzie promowane odpowiednim bonusem. Ich rodzajów będzie wiele. Dodatkowe punkty otrzymamy za zabicie kogoś rykoszetem, albo po efektownym fikołku przez drzwi. Promowane też będą strzały z dużej odległości lub śmierć kilku przeciwników ubitych jednym strzałem. Znajdzie się też miejsce dla… last bullet bonus! Mordować będziemy mieli czym, bo twórcy oddadzą w nasze łapki 17 rodzajów broni plus zestaw granatów.

Powrót do przeszłości?

Rozrywka na telewizorach od 50″ wzwyż

To, co mnie osobiście najbardziej się podoba w idei The Club to powrót do starych (bardzo), ale doskonale sprawdzonych mechanizmów – znanych jeszcze z czasów komputerów 8-bitowych. Intensywność rozgrywki (max 4 minutowe pojedynki) i jej powtarzalność. Jak potwierdzają sami twórcy – liczą na to, że gracze chcąc osiągać jak najlepsze wyniki punktowe będą trenować do upadłego, aby w najdrobniejszych szczegółach rozpracować i opanować do perfekcji daną mapę. Gwarantem dobrego wyniku ma być więc powtarzalność.

Co więcej – na stronach producenta ma ruszyć lista najlepszych graczy, na którą można będzie przesłać swoje rewelacyjne wyniki. Ów TopScore to nawiązanie do przeszłości w najczystszej postaci. Któż ze starszych graczy nie pamięta publikowanych w prasie zestawień High czy Top Score? Czy w tym wypadku zadziała to jak przed laty? Tego nie wiemy, ale na pewno dla wielu będzie impulsem do wzmożonego wysiłku.

Różnorodność

Aby jednak nie znudzić gracza ową powtarzalnością, w trybie turniejowym przyjdzie nam zmierzyć się z przeciwnikami w 5 różnych trybach – standard, time attack, siege, survivor i „run the gauntlet”. Pierwszy tryb nastawiony jest na kolekcjonowanie punktów – brak limitu czasowego i masa wrogów. Drugi to kolejne kółka i wybijanie przeciwników. Każdy zabity dodaje trochę sekund do ciągle uciekającego czasu. Im więcej zabijemy, tym więcej czasu będziemy mieli na przebiegnięcie okrążenia. Run the Gauntlet to mordercza walka z czasem. Tu priorytetem jest przebiec trasę w określonym czasie przy okazji wybijając tylu przeciwników ilu się uda. O trybach siege i survivor twórcy na razie milczą, ale jak same nazwy wskazują przyjdzie się nam pewnie w nich zmierzyć z falami szturmujących nasze pozycje wrogów. Jednym słowem – to, co wirtualni rzeźnicy lubią najbardziej. My kontra cały świat – wprawdzie z założenia to trochę nie fair, wszak mamy lekką przewagę, ale zwycięzców się nie osądza. Warto zaznaczyć, że tylko osiągnięcie odpowiedniej ilości punktów otworzy nam dostęp do następnego poziomu.

Ciekawą propozycją jest też Gunplay Mode gdzie dość swobodnie będziemy mogli określać warunki gry (spośród odblokowanych wcześniej w trybie turniejowym). Chcecie się postrzelać pistoletami, przypadł wam do gustu szczególnie jeden z trybów gry – nie ma problemu. Już po chwili możecie się cieszyć tym co najbardziej lubicie w The Club.

Wygląda jak Brad z Dead Rising

Wypadałoby jeszcze w kilku słowach wspomnieć o ofiarach… tfu, naszych godnych przeciwnikach. Będą to ludzie wyposażeni w przeróżnego rodzaju sprzęt. Od zwykłych pistoletów, przez strzelby, granatniki, karabiny maszynowe, wyrzutnie rakiet i tym podobne zabawki. Nie zabraknie również snajperów i radosnych mężczyzn z mini-gunem pod pachą. Pojawi się nawet tzw. bonus guy, którego ustrzelenie będzie premiowane dodatkowymi punktami.

Nadzieja

The Club pomimo moich początkowych obaw, co do jego twórców zapowiada się wyjątkowo obiecująco. Jeśli faktycznie wszystko zadziała tak jak planują to ludzie z Bizarre Creations istnieje szansa, że wreszcie dostaniemy grę, która nie będzie wyglądać jak 1000 jej podobnych. Inna filozofia gry, ciekawe tryby, a co najważniejsze pomysłowa mechanika odwołująca się do klasycznych standardów może sprawić, że tytuł ten okaże się strzałem w dziesiątkę.

Oczywiście dopóki gra nie trafi w nasze ręce jest wiele rzeczy, które mogą pójść nie tak. W tym przypadku ryzyko kompletnego fiaska jest równie duże jak nadzieje, że będzie to hit. Wystarczy, że obiecywana powtarzalność znudzi graczy, a The Club spotka się z podobnymi zarzutami jak miało to miejsce w przypadku AssCreeda. Granica między dobrze stymulowaną powtarzalnością, a schematyczną wtórnością jest wyjątkowo cienka.

My trzymamy kciuki za ludzi z Bizarre i czekamy na premierę The Club!

[Głosów:0    Średnia:0/5]

3 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here