Potęga imperium – recenzja Empire: Total War

Creative Assembly od prawie dekady utwierdza nas w przekonaniu, że zna się na robieniu świetnych gier strategicznych. Jednak czy po prawie dziesięciu latach eksploatacji serii wciąż da się stworzyć tytuł świeży, który przykuje nas do monitora na długie godziny, nie będąc równocześnie odgrzewanym kotletem? Empire - Total War przekonuje, że tak!

Panie prezesie, sprzęgło! – recenzja RACE Pro

Forza Motorsport 2 wciąż pozostaje niedoścignionym wzorem (przynajmniej po zielonej stronie konsolowej barykady), jeżeli chodzi o wyścigi samochodowe dla wszystkich graczy – od casuali, którzy nawet z rowerem sobie średnio radzą, po Roberta Kubicę, Krzysztofa Hołowczyca, Wojtka Borowicza i inne polskie gwiazdy czterech kółek. Rękawice postanowiło jednak podnieść studio SimBin, które na Xboksa 360 stworzyło symulator, w którego z powodzeniem mogłyby grać również kobiety oraz ludzie bez prawa jazdy. Jest nim RACE Pro. Bardzo Pro.

Zagubieni i potępieni – recenzja GTA IV: The Lost and Damned

DLC jest w ostatnim czasie dość istotnym elementem wielu produkcji, zwłaszcza tych przeznaczonych dla konsol. Możemy zaobserwować niejako próby przedefiniowania tego pojęcia, nadania mu nowej głębi. Zamiast kolejnego obcisłego lateksu dla Lary, następnej mapy dla pojedynków Marcusa Feniksa z Szarańczą czy lśniącej zbroi dla konia, coraz częściej otrzymujemy dodatki, które stanowią – lub próbują stanowić – prawdziwe rozszerzenia dla gier.

Graficiarze górą – recenzja De Blob

Ile razy słyszeliście już, że gry platformowe umarły? Ja na pewno o kilka za dużo… Na szczęście podczas panującej dziś generacji konsol trudno narzekać. Developerzy starają się jak mogą, żeby fanom gatunku żyło się lepiej. Mario Galaxy, Little Big Planet i Braid to spektakularne osiągnięcia nowej myśli producenckiej. Teraz ukradkiem dołącza do nich De Blob, który zamyka usta zrzędom i niedowiarkom jednym chluśnięciem farby.

Wrzód na d… gracza – Recenzja Włatców Móch

Jestem rozdarty. Z jednej strony mam poczucie beznadziejności i zapewne słusznego wrażenia, że cokolwiek nie zostanie napisane Włatcy Móch i tak odniosą sukces. Z drugiej – poczucie misji które każe mi ostrzec wszystkich przed tą żenująco marną produkcją.

Crash test dla każdego – recenzja Burnout Paradise: The Ultimate Box

Powstało wiele gier, które ukazały się tylko na konsole i których żaden gracz stricte PCtowy nigdy nie ukończy na własnym poczciwym blaszaku. Wśród tych tytułów wiele jest pozycji wybitnych, kanonicznych. Często jednak okazuje się, że tytuły, na które biedni komputerowcy czekali całymi latami okazują się być co najmniej mocno przeterminowane. Jak w tej materii wygląda po raz pierwszy wjeżdżający na komputery osobiste przedstawiciel serii Burnout? Podzielimy zachwyty graczy konsolowych czy z pomrukiem niezadowolenia odłożymy grę na półkę?

Totalna masakra – recenzja KillZone 2

KillZone 2 to jeden z najważniejszych tytułów na PlayStation 3. Czarnulka od samego początku miała problem z tzw. ekskluzywnymi grami. Większość twórców uznanych serii odwróciła się od Sony i zaczęła tworzyć tytuły na konkurencyjną konsolę Microsoftu. Na opustoszałym polu walki pozostała jednak Guerilla Games i ich owiana legendą Strefa Śmierci. Czas przekonać się, czy są jeszcze gry, dla których warto kupić PS3.

Halo, czy to wojna?! – recenzja Halo Wars

Historia gier komputerowych pełna jest przykładów błędnych decyzji, które doprowadzały znakomite serie do marnego końca. Wiele z nich poległo na zmianie konwencji czy przeniesieniu danej marki z jednego gatunku do drugiego. Pierwszą nasuwającą się na myśl „ofiarą” takiego działania jest cykl Commandos. Po trzech znakomitych strategiach sztandarowa produkcja Pyro Studios stała się pierwszoosobową strzelanką. I choć wielu doszukało się w niej pozytywnych aspektów, dla większości fanów seria umarła. Nie dziwi więc fakt, iż gracze wstrzymali oddech na wieść o zrobieniu z Halo strategii czasu rzeczywistego.

Wigilia zniszczenia – recenzja FlatOut: Ultimate Carnage

Tytuł recenzji zaczerpnięty z drugiej części Diablo tylko pozornie wydaje się tu nie na miejscu. Choć w produkcja Bugbear Entertainment nie znajdziemy hektolitrów krwi, fałszywych aniołów, szamanów wskrzeszających swoich kompanów i unikalnych przedmiotów, to na pewno wszyscy fani zniszczenia będą mieli czym cieszyć oczy. Pytanie brzmi: czy tony giętej blachy, średni model jazdy i rzucające się w oczy elementy charakterystyczne dla xboksowych portów są w stanie zapewnić grywalność równą legendarnemu dziełu Blizzard?

Legenda tylko z nazwy – recenzja gry Legendary

Są takie produkcje, które wyglądają bardziej niż przyzwoicie kiedy się je ogląda lub o nich czyta. Przeglądając screeny z tego rodzaju gier mamy nadzieję, że będzie dobrze, a zabawa będzie przednia. Tak właśnie sądziłem o najnowszej produkcji od Spark Unlimited przed jej premierą. A potem w TO zagrałem.

ZOBACZ TEŻ